środa, 7 maja 2014

Guguły

W czasie długiego weekendu odwiedziła nas babcia J. i miałam wewnętrzną potrzebę zabrania jej w ciekawe miejsca.

Niestety pogoda doprowadzić mogła do chronicznej depresji. Zimno i lodowaty wiatr skutecznie uniemożliwiły wyjazd na otwarcie Bramy Poznania (nowe muzeum interaktywne historii początków państwa polskiego) i na majówkę do botanika czy też na piknik do parku przy Starym Browarze itd.

Trzeba było jednak przeciwdziałać nudzie i zgnuśnieniu.

Odgnuśnianie miało charakter kulinarny i częściowo kulturalny

Ninka zażyczyła sobie wizyty w muzeum, zatem wylądowaliśmy w Muzeum Etnograficznym na ciekawej wystawie "Rzeczy Mówią".

Na wystawie zgromadzono głównie ludowe przedmioty codziennego użytku wraz z opisami. Ninka była oczarowana i oczywiście jej uwagę przykuła także męska figurka z zaznaczonym przyrodzeniem ("mamusiu! chłopiec z susiakiem hihihi")

Kiedy oglądałam te przedmioty, dziś już zapomniane w dużej części i niepotrzebne przypomniała mi się niedawno czytana książka Wioletty Grzegorzewskiej pt. "Guguły".

Nigdy nie miałam rodziny na wsi.
Nigdy nie miałam kontaktu ze zwierzętami i pracami gospodarskimi, z zapachami starych domów, z zabawami na sianie, zbieraniem jajek i innymi tego typu tajemnicami i atrakcjami jakie dla wielu dzieciaków były czymś naturalnym
Kiedy one jeździły na wakacje do dziadków na wieś -  ja zawsze do nich do dużego miasta nad morze. Miejski gwar, klimat turystycznego kurortu, zapach morza wyznaczają rytm moim wspomnieniom z dziecięcych wakacji.

Tym bardziej przeczytanie "Guguł" było dla mnie niesamowitym przeżyciem. 

Grzegorzewska otwiera przed czytelnikiem zupełnie inny świat - bawiąc się barwnymi opisami, regionalizmami, atmosferą niepokoju, brudem, zapachami i odgłosami wsi, zabobonami, wiejskim katolicyzmem i jego obrzędowością buduje świat polskiego realizmu magicznego.

Tak bliskiego a jednocześnie tak dalekiego, niezrozumiałego...

Dla niej - bo książka ma charakter autobiograficzny - był to świat codzienności przerywanej awariami dostaw prądy czy rytuałami religijnymi.
Świata, który po części zanikł już i wymarł a z drugiej strony - pewnie w niektórych regionach jest wciąż żywy.
Świata, którego czytając książkę doświadcza się wręcz organicznie. Wszystko wydaje się namacalne, trochę tajemnicze, trochę odrażające, lepkie, gęste, wilgotne.

Książka Grzegorzewskiej kojarzy mi się przez to ze Sklepami Cynamonowymi Bruno Schulza. Zresztą i w niej znajdziemy gdzieniegdzie ślady erotyki - ale mrocznej, niebezpiecznej, za wczesnej, nie takiej...

Gorąco polecam "Guguły" jako literacką przygodę w warstwie słów, obrazów, zapachów.
Niepoprawną w zestawieniu z porządkiem wystawy w muzeum. 
Ciekawą i buchającą wręcz niemożliwą mieszaniną obrazów życia i śmierci, stale przeplatającą się na wsi.




Bardzo  trafne opinie o książce przeczytacie w jej opisie z okładki:

Złożona z opowiadań ballada o dzieciństwie i dojrzewaniu w polskiej wsi czasów PRL-u. Nieodparcie przyciąga – jak cierpkie guguły.
Wiolka mieszka w małej wsi Hektary na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Jej świat wypełniają: chodzenie do szkoły, polowanie na chrabąszcze, zabawy z rówieśnikami, rozmowy z ojcem, podglądanie tajemniczej krawcowej i oczekiwanie na przyjazd Jana Pawła II. To tutaj po raz pierwszy doświadcza miłości, erotyki i śmierci. Książka Wioletty Grzegorzewskiej to znakomita ballada o polskiej wsi w czasach PRL-u i dojrzewaniu, które smakuje jak cierpkie guguły.

„Opowiadania o byciu małą snute na pięć minut przed snem. Klimat zazdrostki i blaszanego przystanku pekaes. Wszystko to pachnie jak skoszona trawa. A my chcemy tych opowiadań jeszcze i jeszcze, bo trochę je znamy ze swojego dzieciństwa, a trochę nam autorka upiększa nasze własne wspomnienia. I to jest cudne jak kapliczka z Maryjką na polu pełnym traktorów”.
Sylwia Chutnik


„Ukradła to wszystko. Te guguły, czubajki, dziady, beboki, smolinoski, psioki i pająki z Jerozolimy. Już wtedy tkała z nich tę czułą opowieść, a winniczki jej chrzęściły pod butami. Sorry, ale tak było, czytałem. A w ogóle wiecie, co to są guguły?”.
Andrzej Muszyński


A tu kilka zdjęć z wystawy:

dziedziniec Muzeum Etnograficznego


Zabytkowe świątki

Suknia łowicka

Wnętrze typowego wiejskiego dou

Buty stróżowskie (!! rozmiar - jak siedmiomilowe)

Szafa do suszenia sera (!)

Skrzynia posagowa

P.S 

W ramach wycieczek po mieście odwiedziłam kilka miejsc kulinarnych na mapie Poznania.

Między innymi kawiarnię Lavenda na Wodnej. Ninka na wejściu dostała zestaw obejmujący kolorowe kredki i kolorowankę z puzzlami, dzięki czemu w skupieniu spędziła czas oczekując na przepyszne zresztą crumble. Lody nie były tak powalające jak oczekiwałam po recenzjach, ale wspomniane wybitne crumble i herbata oraz świetna obsługa (nie tylko przemiła, ale uśmiechająca się serdecznie do mojego dziecka,:)  wynagrodziły lekkie rozczarowanko.

Byłyśmy też oczywiście w Pyra Barze - kultowym barze, w którym wszystko kręci się wokół pyry;) Polecamy przepyszną zapiekankę zBoczek (dla mięsożerców) i danie dziecięce Kurka Brokurka oraz kompot rabarbarowy i kefir podawane w oldskulowych kubkach rodem z baru Społem.

Zawędrowaliśmy także do Bar a Boo na Taczaka - cieszącej się zasłużoną renomą knajpki włoskiej. Co jest w niej dobre? Przepyszne pizze, bardzo dobre ceny i fajny wystrój. Na lekki minus - obsługa czyhająca jak dzikie tygrysy na to, aż skończysz jeść i wyrywająca prawie talerz zanim kończysz przełykać ostatni kęs. Łatwo poczuć się jak intruz...

A Wy jak spędziłyście długi weekend?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz