Ninka w przedszkolu ma wiele ciekawych zajęć.
Lepią z gliny.
Odwiedzają teatr, bibliotekę, remizę i inne ciekawe miejsca
Szukali zająca w lesie i odpowiadali na zagadki o wiośnie
Robili mydełka glicerynowe
Odwiedzają ich zespoły muzyczne i ludzie ciekawych zawodów - np pszczelarz z inwentarzem.
Aż jej zazdroszczę!
Ninka ma też w planie stałe zajęcia np. rytmikę, Montessori i wreszcie - język angielski.
Na szczęście dla mnie nikt dzieciom nie wciska zajęć z religii - w domyśle - katolickiej, bo dość wcześnie wkradłby mi się dylemat pt. jak nauczyć dziecko niezależności, jak nie sprawić, by czuło się dyskryminowane i poszkodowane brakiem malowania Jezuska....
Ale wracając do angielskiego - ostatnio przynosi coraz więcej słówek, piosenek i zabaw w tym języku.
Oczywiście z uwzględnieniem omsknięć w zapamiętywaniu i dziecięcych trudności wymawianiem niektórych zbitek.
Co najlepsze, to co mówi "CIOCIA ANGIELSKIEGO" jest święte - oczywiście w wersji przeinaczonej przez Ninkę.
Nasze wieczory polegają na jej chwaleniu się poznanymi wyrazami: "
Mamusiu a wiesz co to są HIIIIŁS?"
I na naszych próbach odgadnięcia.
Bo na korektę absolutnie się nie zgadza.
"Hiiiłs? B. czy wiesz co to jest "Hiiłs?"- pytam pana męża.
Po chwili móżdżenia dociekamy: "Aaaa, HEELS! Obcasy myszko?"
"Nieee, ciocia angielskiego mówiła HIIIIŁS! HIIŁS to pięty! Nie wiesz mamusiu???"
Aha, no tak.
Mamy więc radosne słowotwórstwo.
Głin to oczywiście green.
Słizors to nożyczki.
Itd.
Na szczęście hello jest łatwe do wymówienia:)
Strasznie mnie cieszy ta jej frajda językowa, naturalność kontaktu, podśpiewywanie "itsy błitsy spajdeł" (itsy bitsy spider).
Dla jej pokolenia język obcy będzie czymś naturalnym jak jedzenie i picie, wszechobecnym.
Ja do dziś dziękuję moim rodzicom, którzy wraz z rodzicami kilkorga dzieci zorganizowali nam domową naukę angielskiego od piątek klasy podstawówki (w szkole był tylko rosyjski - dziś też na wagę złota)
Nigdy potem nie nauczyłam się tyle co w tej małej grupie, w domu koleżanki, w luźnej atmosferze. Mieliśmy gry, piosenki, pisanie opowiadań, żarciki itd. Kiedy potem chodziłam w LO do klasy z rozszerzonym angielskim i rosyjskim nie wchłonęłam tyle języka - bo nie było to już zabawą...
Dziś nie wyobrażam sobie życia bez znajomości języka, choć aktywnie wykorzystuję tylko znajomość angielskiego, rosyjski zatonął biernie w mrokach pamięci, a z hiszpańskim skończyłam na podstawach...
Patrzę z dumą na Ni - przedstawicielkę nowego pokolenia.
Definiowanego jako pokolenie Alpha.
To pokolenie dzieci urodzonych po 2010 r, które wg naukowców będzie najbardziej wykształconym pokoleniem w dziejach (do czasu kolejnej zmiany...). Które będzie z których część będzie bardziej materialistyczna (bo wydatki na dzieci wciąż rosną i są one do tego przyzwyczajone) a część eco-friendly i alternatywna wobec konsumeryzmu z powodu przekonań rodziców. To co je będzie łączyć to technologiczna sprawność. To już teraz są dzieci Google
Co ciekawe, nasze dzieci będą zaczynać pracę wcześniej, częściej zmieniać pracodawców, przeprowadzać się. Będą zdobywać wiedzę z różnych źródeł, będą 24/7 online ...
A do tego znajomość języków jest esencjonalna.
Mogę więc radować się tylko radować ninkowymi "hiłs" i "głins".
Choć dotknie jej i jej rówieśników wiele minusów zmian społecznych i technologicznych.
Więcej ciekawych faktów po pokoleniu Alpha w tym artykule
A jak jest u Was i Waszych dzieci z językami?
A tu znajdziecie śliczne bezpłatne zabawki językowe do wydrukowania:
(nawet z językiem polskim)
W tym klocki do nauki hiszpańskiego, które można przy odrobinie zręczności zmienić na angielskie
No to baaaaj!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz