Poszliśmy na plac zabaw. (what, again???)
A tam oczom mym objawiła się żwawa pani, młoda jeszcze babcia, z około dwuipółletnim wnuczkiem.
Która to ochoczo zajmowała się jego kastrowaniem.
I podcinaniem mu skrzydeł z uśmiechem godnym Haniballa Lectera.
Symbolicznie rzecz jasna.

Uroczy chłopczyk, pełen energii, ciekawości i radości był usadzany natychmiastowo przy każdej próbie samodzielności.
Nie wolno!
Nie ruszaj!
Nie wspinaj się!
Nie dotykaj!
Jeszcze jesteś za mały!
Nie syp piaskiem!
Przeproś!
Przewrócisz się zaraz!
Zostaw to!
SIADAJ!No siadaj. Usiądź mówię.TU siadaj. TU!! Nie TAM!
Zaraz pójdziemy do domu!!
Jak się nie uspokoisz to...
Przestań!
No chodź.
Nie idź.

I to wszystko ze sztucznym, nerwowym uśmiechem, tonem nie uznającym sprzeciwu a jednocześnie pełny rozedrgania, na pokaz. Nerwowo kontrolująco, usadzająco.
Ciągnęła go za rękę, usadzała z pewną dozą lekko tylko widocznej przemocy pochodzącej z irytacji.
Chłopczyk był skołowany, momentalnie pacyfikowany.
Nic, kompletnie nic nie mógł zrobić samodzielnie.
Ja jako obserwator, którego dzikie dziecko zjeżdżało właśnie z rury jak strażak i wspinało się po ściance, gotowałam się.
Mój wewnętrzny agresor buzował
Miałam ochotę jej powiedzieć - "Czy pani zdaje sobie sprawę, że kastruje tego chłopca z uśmiechem na twarzy?"

Chyba by nie zrozumiała.
A ja uświadomiłam sobie, że sprawność fizyczna, aktywność ruchowa i odwaga Niny w pokonywaniu barier (choć nie sprawdza się to zawsze przy jej wchodzeniu do nowych grup w pomieszczeniach, gdzie Nina z kolei robi się bardzo onieśmielona) w ogromnej mierze to zasługa pana męża.
Nie moja.
To on ją zawsze, już jako maluszka, stymulował do samodzielności, do wspinania, podskoków, przesadzania płotów, wariactw, biegów itd.
Do eksploracji świata.
I że gdybym to tylko ja wychowywała Ni, mogłaby być zagrożona przez moje analogiczne "uważaj, ostrożnie".
Nie tak wynaturzone jak w obserwowanym przypadku, ale jednak mi towarzyszące i mojej bujnej wyobraźni, snującej wizje skręconych karków i skomplikowanych złamań.:P
Mam nadzieję, że chłopczyk ten ma jeszcze innych opiekunów, którzy nie pozwolą zrobić z niego Farinelliego...
A może babcia się kiedyś wyzwoli ze swojej skorupy kontroli i lęku?
A może ja nie wytrzymam i się wtrącę delikatnie, choć przecież nie mam prawa...
Choć przypuszczam, że ta modliszka odgryzłaby mi głowę jednym kłapnięciem.
Strasznie mi było żal chłopca.
Ale i babci, źle się czującej w swojej roli.

A pomyślałaś, że może ta babcia obawia się,żeby podczas jej opieki nic złego nie stało się dziecku? Uwierz mi, że wiele babć tak robi. Wiesz, jakby coś się stało, to rodzice pierwsze co, mieliby pretensje do babci. Będąc przedszkolanką i bardzo doświadczoną mamą ;) widzę, jak rodzice boją się usamodzielnienia dzieci. Sytuacja, którą opisujesz, jest nagminna w przedszkolnym ogródku z placem zabaw, przy nas dzieciaki się bawią, oczywiście pod nadzorem/asekuracją, a jak są później z rodzicami,to nie mogą, bo :upadną/złamią nogę/pobrudzą ubranie/rozedrą spodnie/wylądują w szpitalu/rozbiją głowę.... i wierz mi,że jak się dowiadują,że dzieciaki np. wchodziły na zamek (mamy taki wyższy,oraz niższy,ale wyższy jest dla dzieciaków atrakcyjniejszy), to proszą,żeby nie pozwalać dziecku tam wchodzić ;) Niestety, mentalności ludzi nie zmienisz :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńOczywiście, że pomyślałam - ale to był lęk totalnie irracjonalny, ponieważ dziecko było malutkie, nie było jakiegokolwiek zagrożenia na małym placu zabaw. Dla mnie jej zachowanie było jak wyuczona mantra, byleby się nie nachodzić i nie musieć pomagać dziecku usamodzielniać.
OdpowiedzUsuńBo pomyśl ;) jak dziecko będzie "poukładane", to łatwiej będzie nim manipulować, znaczy się upilnować ;) Mniejszy wysiłek włożony w pilnowanie ;) Czasami strach jest przed właśnie tym usamodzielnieniem. Co się napatrzę w przedszkolu,to moje :) A co nasłucham, to już w ogóle....
OdpowiedzUsuńZaglądam do Ciebie już od dawna, ale dopiero dzisiaj się ujawniłam :) Pozdrawiam :)
Jestem matką nawołującą do samodzielności i odwagi, niestety mój starszy synek jest mega ostrożny i asekurancki (podobno mój mąż był od urodzenia taki). Mój młodszy ,a w tej chwili rok, jeszcze nie chodzi samodzielnie, ale widzę jego odwagę i brawurę. Ciekawa jestem, czy wytrzymam z nim nerwowo.
OdpowiedzUsuńSytuację babci rozumiem, rodzice by ją zaskalpowali gdyby coś się stało "małemu". Życie. A najbardziej mnie zawsze bawi, gdy słyszę na placu zabaw: nie, bo się pobrudzisz! No żesz...
Urszulo-nas też, jak rano mamusie mówią do dzieciaków (mam grupę 2,5-3 latków) "Tylko,żebyś się nie pobrudził(a), uważaj na sukieneczkę/bluzeczkę/spodenki (tu wstaw odpowiednie ;) ). Mam do Pani prośbę,żeby Kasia/Marysia/Staś nie wchodził(a) do piasku, bo ma nowe buciki i piasek uwiera ją(go) potem " :D :D :D i mogłabym jeszcze długo wymieniać :)
OdpowiedzUsuńAlbo na plastyce dziecko panicznie się boi malować (malowanie rękami na wieeeelkim kartonie), bo pobrudzi ubranko ...
Ja zawsze byłam dzieckiem, które nie chciało wejść do piaskownicy, bo sobie rączki pobrudzi. Nie wiem ile ostrożność mojej mamy miała na to wpływ. Ale cieszę się, że nie mam tego problemu z Niną i błogosławię pralkę:)
OdpowiedzUsuń