Miasto wydało mi się od razu zapyziałe, prowincjonalne, leniwe...
A to nie tyle w kontraście z barwnymi Mazurami ale przede wszystkim Toruniem, o jaki na dwa dni zahaczyliśmy.
Co udało nam się w tym roku zobaczyć?
Nie wszystko zgodnie z planem.
Nie udało się wbrew planom pojechać do Wilna, ani dotrzeć do rejonów Kruszynian i Bohonik zamieszkiwanych przez polskich Tatarów. Pokonały nas upały i malutki samochód bez klimatyzacji:)
Nasze wakacje po zainstalowaniu się u moich gościnnych rodziców na Mazurach oparliśmy głównie o punkty związane z historią militarną, ale nie tylko.
Wyprawiliśmy się:
- do malowniczego niczym sceneria Shire z planu Władcy Pierścieni skansenu kurpiowskiego w Nowogrodzie. Położyłam się na trawie wśród drewnianych chałup, młynów, z widokiem na leniwą Narew i z szumem liści nad głową i poczułam, że życie bywa piękne:)))
- do Jeży w woj. podlaskim śladem zabawy zwanej questingiem, polegającej na rozwiązywaniu zagadek na trasie wycieczki, gdzie nie tylko zobaczyliśmy leśne bunkry z czasów II wojny światowej, ale i arcymalowniczy widok, tym razem rodem z sielankowej reklamy mleka czy masła.
Szczęśliwe krowy czasami się zdarzają:) Przechadzały się w rzece, skubały trawę, a między nimi kroczyły masowo bociany. Nasze miejskie dziecko kiedy zobaczyło je na gnieździe, orzekło, że są sztuczne, bo się nie ruszają:))
- do kwatery Hitlera w Gierłoży - miejsca, jakiego nie można ominąć na mazurskiej trasie. Doskonale zorganizowanego turystycznie. Koniecznie należy wybrać się na przechadzkę z przewodnikiem, grupy zbierają się co chwilkę. Nam trafiła się energiczna przewodniczka, autorka książeczki o tym miejscu, która przewodnickim zwyczajem opowiedziała nam poza faktami historycznymi także kilka ciekawostek czy zastanawiających faktów. Nie wiedziałam, że Hitler był narkomanem i w ramach codziennych zastrzyków przyjmował amfetaminę w coraz większych dawkach... Nie dziwi w tym kontekście jego szał, pieniactwo i groza jaką siał.
- do Pozezdrza, gdzie znajduje się bunkier Himmlera - jednej z kluczowych mrocznych postaci II wojny światowej.
- do Giżycka, gdzie zwiedziliśmy twierdzę Boyen i zajrzeliśmy do odrestaurowanej wieży ciśnień, na szczycie której mieści się kawiarnia. A w niej to spróbowaliśmy regionalnego (pochodzącego z Litwy) przysmaku - kibijnów z kruchego ciasta, rozmaicie nadziewanych. Pan mąż zjadł pyszne z kurczakiem, a ja z jabłkami i bananami. Warto, choć te banany brzmią mało regionalnie:)
- do Mamerek, gdzie spotkało nas największe turystyczne rozczarowanie roku.
W miejscu tym znajdują się zachowane w całości bunkry - pozostałości po centrum dowództwa OKH. Miejsce reklamuje się bursztynową komnatą, muzeum tajnej broni nazistów i rekonstrukcją u-boota oraz strzelnicą.
A jak jest w rzeczywistości? Brud, brak jakichkolwiek oznaczeń i zaplecza dla turystów. Bursztynowa komnata - to kwadrat szerokości 1m x1m. Muzeum broni to 4 makiety z tabliczkami. Wystawa przedmiotów codziennego użytku zachowanych z bunkrów to jedna lepiąca się gablota z brudnymi eksponatami.
Bunkry są nieoznakowane, nieoświetlone, pełne błocka, po którym przechodzi się po byle jak rzuconych deskach. W tle emitowane na dwóch ekranach są filmy dokumentalne, których nie da się obejrzeć, bo wzajemnie się zagłuszają. Zafascynowani historią i bardzo nastawieni na przygodę absolutnie odradzamy to miejsce totalnie zdegustowani naciągactwem i brakiem szacunku do zwiedzających.
Ale za to popstrykałam zdjęcia przyrodzie:)
- do Pisza, gdzie zajrzeliśmy do znakomicie zrekonstruowanego, oznakowanego siłami pasjonatów bunkra Piskiego Przyczółka Ryglowego. Zostaliśmy oprowadzeni przez pana Sławka, który wraz z przyjaciółmi ze stowarzyszenia własnymi rękoma dba o to miejsce, rozwija je, wyszukuje eksponaty i odsłania kolejne fragmenty historii wojennej tych rejonów. Polecamy!
Udało mi się też spotkać z kumpelą Gosią, która na dniach spodziewa się córeczki.
Wczesnym rankiem pojechaliśmy z Gosią do lasu (kochany pan mąż zawiózł nas bez zająknięcia), nad krystalicznie czyste i ciepłe, małe jezioro ukryte wśród sosen puszczy piskiej. Tam zrobiłam Gosi pamiątkową ciążową sesję. Gosia pozowała w jeziorze, w białej sukni, w otuleniu białego tiulu, wśród sitowia. Jestem bardzo zadowolona z efektów sesji i niesamowitego klimatu letniego poranka w sercu lasu. I oczywiście czekamy na małą Gabrysię:)
- do Golubia Dobrzynia, gdzie zwiedziliśmy zamek w ramach wakacji z duchami;)
- do Torunia, gdzie zwiedziliśmy z Ni Młyn Wiedzy - miejsce analogiczne do Centrum Nauki Kopernik, z bogatymi interaktywnymi wystawami rozmieszczonymi na 5 piętrach. Zdecydowanie warto tam zajrzeć!
W Toruniu poszwędaliśmy się też po starym mieście, zjedliśmy pierniki a na obiad zawitaliśmy do popularnych knajpek - Manekina z pysznymi naleśnikami i do Starego Metropolis z daniami kuchni włoskiej. Oba miejsca polecamy, a liczba gości i czas oczekiwania świadczą o ich popularności. Porcje ogromne, dania pyszne a ceny przystępne.
W Toruniu Nina poszalała też w Piernikowym Miasteczku - na placu zabaw nawiązującym do tradycji miasta.
A my zobaczyliśmy 1 sierpnia rekonstrukcję historyczną - inscenizację napadu na konwój z czasu Powstania. U moich stóp spadły gorące łuski z wystrzeliwanych nabojów...
W drodze powrotnej nie wystarczyło nam czasu na odwiedzenie uzdrowiskowej części Inowrocławia, ale wszystko przed nami;))
Zawsze staram się polecać warte uwagi noclegi. Na Mazurach gorąco polecamy agroturystykę w Skłodowie. W cenie 100 zł spaliśmy w dwupokojowym apartamencie z łazienką z widokiem na staw i przystań, a wieczorem piekliśmy kiełbaski przy ognisku z widokiem na jezioro.
Pod Toruniem zatrzymaliśmy się w stadninie Młyńska Struga. W cenie 80 zł dostaliśmy do dyspozycji piętrowy w pełni wyposażony drewniany dom, z kuchnią, salonem, łazienką, ubikacją... Za oknem widzieliśmy konie, biegające pieski (wielkości Wilkora z Gry o Tron), czyściutki strumień z pstrągami i plac zabaw dla Ni.
Czy chcieć czegoś więcej od wakacji??
Udało mi się jeszcze w czasie urlopu:
- uszyć pierwszą w życiu spódnicę - z dresówki - w której przebiegałam cały urlop i z której jestem arcydumna, choć ma wiele wad i wystających nitek:P
- zrobić z mamą pyszne muszle nadziewane kurkami kupionymi przez tatę, szpinakiem i mascarpone
- przeczytać trzy książki - "Pochwałę Powolności" Carla Honore (idealna na urlop), "Położną" Janette Kalyty i "Dziewczyny Wojenne" Łukasza Modelskiego
- kąpać w jeziorze i cieszyć pięknem mazurskiej przyrody i pogodą
- przytulić do mamy i cieszyć jej gościnnością i domową kuchnią:)
- spać w ciągu dnia bez wyrzutów sumienia:)
- zjeść pyszne grillowane warzywa, leżeć pod jabłonią na działce u mamy i patrzeć na taplającą się w baseniku Ninę
- spędzić czas z panem mężem i przekonać się kolejny raz, że wspólne zainteresowania są gwarancją bezkonfliktowego planowania urlopu :P (dzięki nim mieliśmy znów wakacje z historią na pierwszym planie)
- spotkać z przyjaciółką Kasią z dzieciństwa i jej dziećmi i potaplać wspólnie nad jeziorem
- odpoczywać przez duże O:)
A teraz jesteśmy w domu, przeglądamy zdjęcia i cieszymy się ostatnimi dniami urlopu...


Wspomnienia o udanych wakacjach mogą podładować akumulatory, gdy przyjdzie zimno i plucha.
OdpowiedzUsuńMazury uwielbiam...Ze dwa lata temu byliśmy w Mamerkach, Giżycku i Gierłoży.
Dziękujemy za wizytę w Toruniu i cieszę się, że się Wam podobało!
OdpowiedzUsuńZapomniałaś napisać, że nocowaliśmy pod Toruniem nieopodal ulicy Obi Wana Kenobi ;) No i rada dla zwiedzających Młyn Wiedzy: choć kusi, nie tykajcie wahadła - można za to wylecieć z obiektu. Napisane jest to zaś w regulaminie, którego nikt normalny nie czyta. A wystarczyłaby kartka przy eksponacie i nie byłoby kwasów. Bo skoro z założenia wszystkiego można dotykać, to czemu jedyny wyjątek chowa się w jakichś drobnych druczkach?
OdpowiedzUsuń