czwartek, 10 lipca 2014

Rzeźnia nr 5? Czyli o wycięciu migdałka

Dziś Ninka przeszła zabieg wycięcia trzeciego migdałka.
W związku z pogarszającym się słuchem zdecydowaliśmy się po wizycie u kolejnego lekarza nie stosować półśrodków i podejść do sprawy radykalnie - ale mniej inwazyjnie niż zakładano.
Na razie wycięto jej migdałek a po kontroli lekarz zadecyduje czy i kiedy trzeba będzie zakładać dreny.

Zabieg wykonaliśmy prywatnie na Dolnej Wildzie u dr Stefaniaka.
Oczywiście w noc poprzedzającą niewiele spaliśmy zestresowani. Ale w żaden sposób nie projektowaliśmy tego na Ni. Zresztą od jakiegoś czasu przygotowywaliśmy ją opowiadając się będzie działo, że będzie ją trochę boleć gardło, ale za to będzie mogła jeść lody. Uświadomione dziecko to podstawa - była spokojna i rozumiała sytuację.

Wszystko wygląda na miejscu na sprawnie zaplanowany mechanizm.
Jak w manufakturze.



Ninka wraz z innymi dziećmi umówionymi na tę samą godzinę otrzymała najpierw premedykację czyli potocznie - głupiego jasia.
Zazdroszczę jej tej fazy jaką miała:) Jej radosny rechot i szczebiotanie rozbawiły całą poczekalnię:)
Wyglądała na nieźle zbakaną lub wstawioną...

A potem wołano kolejne dzieci na przebranie w piżamkę i zabieg.

Cała procedura trwała może 5 minut.
Ale kiedy mnie zawołano do niej, widok był rozdzierający.
Salka zapłakanych, oszołomionych i plujących krwią dzieci... Istna mała rzeźnia...To było koszmarne.
Współczułam nastoletniemu chłopcu, z którym nie było rodziców. Było mi bardzo przykro widząc go skulonego na łóżku, samotnego, podczas gdy maluchy tulone i całowane dochodziły do siebie.
Kurcze, kiedy masz naście lat nie przestajesz być dzieckiem swoich rodziców... I w takich chwilach bardzo ich potrzebujesz... Niefajnie...

 Moje rozmyślania przerwała wizyta lekarska. Szybko mogliśmy  zabrać Ni do domu. Całość trwała może 1,5 godziny.

I gdybym miała decydować ponownie, znów wybrałabym zabieg w znieczuleniu miejscowym.

Nina po po powrocie do domu i lekkim ochłonięciu zażądała śniadanka.
I wchłonęła niezłe ilości w siebie przez cały dzień.
Dwie porcje lodów - a jakże.
Pięć kawałków chleba tostowego pokrojonego przez matkę na kształt dinozaura.
Miseczkę zupy z cukinii.
Budyń.
Marchewkę.
Bawiła się, oglądała bajki, rozmawiała ze mną, układała puzzle.
Nie było (odpukać) żadnych skutków ubocznych  - torsji, krwawienia.
A ból  ujarzmiamy paracetamolem, de facto niewiele jak na razie się skarży.

Wierzę, że to była dobra decyzja, mniej agresywna niż operacja pod narkozą i dreny. Oby się bez nich obyło!
Żałuję tylko, że tyle czekaliśmy - od listopada. Gdybyśmy podjęli kroki wcześniej, nie doszłoby do problemów ze słuchem.
Czasem trzeba mocno zaufać współczesnej medycynie...
Płukania zatok nadmaganianem potasu, zakraplanie jodyną na pewno są dobrymi metodami - pytanie tylko czy dla małego dziecka. Przysporzyły jej chyba więcej cierpień i strachu niż ten zabieg...

2 komentarze:

  1. Dobrze ze juz po :-) wszystko zalezy od dziecka. Moj syn nienawidzi zagladania do gardla, wpada w panike gdy ktos przytrzymuje mu glowe i boi sie krwi i dla niego narkoza byla duzo lepszym rozwiazaniem. Nic nie pamieta a mialby traume na pewno. No ale on mial jeszcze przycinane boczne migdalki i nacinane blony bebenkowe.

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas rok po migdałku jednak trzeba było zakładać dreny. I ja akurat żałowałam, że nie zrobilismy tego od razu. Ale mam nadzieję, że u Was wystarczy tylko cięcie migdała.

    OdpowiedzUsuń