niedziela, 3 marca 2013

"I co narobiłaś!" czyli obserwacje socjologiczne w Macu

Dzisiaj wracając z eskapady do poznańskiej palmiarni (gdzie Ninę spośród setek roślin, gekonów czy żółwi interesowały wyłącznie "ryby i woda") wstąpliśmy wygłodniali na "pyszny, pełnowartościowy zbilansowany rodzinny posiłek" w McDonald'sie.

Kiedy wsuwaliśmy swoje puste kalorie a Buba bawiła się stworem z zestawu obserwowaliśmy kątem oka scenkę przy sąsiednim stoliku.

Siedziała tam matka z lekko upasioną córeczką nieco starszą tylko od Ni.
Matka chrupała frytki patrząc bezmyślnie w dal, a dziecko zostawione same sobie ewidentnie się nudziło.

W pewnym momencie wpadło na pomysł.
Chwyciło więc swój cały Happy Meal (o ironio!) udając się wolniutko do kosza na śmieci.

Nareszcie! To zwróciło uwagę matki!

Tylko nie w oczekiwany sposób...

Mama rozpoczęła od reprymendy: Co robisz!!!!

Dziecko usiadło na chwilę po czym ponowiło wysiłek. Kartonik w dłoń i spacer po sali.
Matka dodała: Co robisz!!! Tam jest jeszcze jedzenie!!!!
Dziecko wydało z siebie krótki kwik - matka spojrzała na nie!
I zaczęło truchcikiem galopować do kosza.

Matka podbiegła do niego, chwyciła dziecię za rękaw i szarpnęła: STÓÓÓJ! Mówię Ci!!
Z rączki szarpniętego dziecka wypadła paczka z jedzeniem, które rozsypało się na podłodze.

Matka ryknęła nerwowo i potoczyła wzrokiem po sali.
Dziecko wybuchło płaczem.
Matka - a jakże - zdzieliła je szybkim mocnym strzałem w pupsko...
Ryk przerażonego malucha się zwiększył.

Matka  głośno i dobitnie by inni słyszeli rzuciła: "Zobacz, co ZROBIŁAŚ! WSZYSCY na CIEBIE patrzą!! NIE NADAJESZ SIĘ DO NICZEGO! Nie będzie żadnego placu zabaw! Nie zasłużyłaś na NIC"
Chwyciła za rękaw puchnące z płaczu dziecko, zgarnęła śmieci ze stołu i wyszła za drzwi ciągnąc wyjącą małą ze sobą.



Zostaliśmy sami.

Z poczuciem winy wobec malucha - może powinniśmy się odezwać, zabrać głos? To nie było fair.

Z poczuciem ogromnej irytacji i niemocy, ale też  współczucia.
Dla matki, która ewidentnie sobie nie poradziła.
Sama ze sobą. Ze swoimi frustracjami i emocjami.
Nie znam jej, jej życia, dziecka i problemów, ale wyglądało to na kolejną scenkę z cyklu.

Mogłaby się ona skończyć normalnie w trzy sekundy. Krótkim wyjaśnieniem dlaczego nie wolno wyrzucać jedzenia do śmieci i dalszym spokojnym jedzeniem. Ale skończyła się wylaniem żali i złości, odreagowaniem na nic nie rozumiejącym dziecku.

Tymczasem my, im dlużej jesteśmy rodzicami, tym  bardziej widzimy efekty konsekwentnego tłumaczenia i ROZMAWIANIA  z dzieckiem, objaśniania świata i zasad i budowania w ten sposób autorytetu. Pomimo wielu gorszych dni  nie zaliczyliśmy chyba nigdy  publicznych spazmów i pokazówki buntu dwulatka, słynnego kładzenia się na podłodze w sklepie, ryków.

Z czego to wynika?

Chyba z prób ochłonięcia i opanowania siebie, z szacunku i gigantycznej miłości do dziecka. To często bywa bardzo trudne, ale widzimy, że poświęcenie 3 minut na zatrzymanie się w biegu, przykucnięcie przy dziecku, spokojne tłumaczenie i negocjacje w 95% kończą się pozytywnie, w przeciwieństwie do jakichkolwiek działań na siłę, naruszenia integralności i woli dziecka.

Zdarza mi się huknąć  na nią, co zazwyczaj kończy się silnym płaczem. Mówię jej wtedy zawsze: "Wiem, że się przestraszyłaś i dlatego płaczesz. Ja też się przestraszyłam/zdenerwowałam i dlatego krzyknęłam. Przepraszam. Przytulmy się". Zazwyczaj działa...

Im dłużej sobie myślę o tym, tym bardziej mam wrażenie, że chyba nie ma złych, "niedobrych" dzieci, tylko są dzieci rodziców, którzy nie zawsze potrafią sprostać wyzwaniom, bo nie mają odpowiednich narzędzi i kapitału ku temu.

Może to błędne czy naiwne myślenie?

Bycie rodzicem to naprawdę cholernie trudny egzamin.

Z kilku przedmiotów mamy mierny - ze spania, z jedzenia, z odsmoczkowania...
Ale z pokojowego rozwiązywania konfliktów jak na razie - chyba - możemy postawić sobie dobrą ocenę.

Jak na razie.  Do jutra...
Nie łudzę się że ta ocena będzie aktualna do etapu dorastania...

20 komentarzy:

  1. Takie scenki to dosyć częsty widok...
    Cóż, mój dwulatek dobitnie pokazuje swoje zdanie, zdarza się, że w miejscu publicznym, ale nie uznaję klapsów, a tym bardziej bicia. Wiem też z doświadczenia, że nie zawsze jest czas i miejsce na tłumaczenie, ale nie umiem robić scen! Trzeba zachować resztki spokoju i cierpliwości i spróbować odwrócić uwagę malucha. To bywa trudne, ale wiem, że można.
    Ps. Nigdy się nie wtrącam w scenki rodzinne, ale zawsze mam "kaca moralnego".

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwierz mi, scena z rzucaniem się na ziemię i krzykiem niekoniecznie oznacza rodziców, którzy nie rozmawiają z dzieckiem i nie tłumaczą mu świata.
    A wrzeszczące dziko dziecko pod drzwiami nie znaczy, że mama rozładowuje swoją frustrację krzykiem.
    Pisałam ja, mama siedmioletniej dziewczynki, która nigdy nie strzeliła sceny w sklepie i niespełna trzyletniego chłopczyka dzięki ktoremu zaliczyliśmy m.in wizytę zanieokojonej sąsiadki i kilka akcji ze spojrzeniami w stylu "ale sobie nie radzi, pwnie jest jędzą". Dzieci są rozne, po prostu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ok, ja to rozumiem. Ale nadal twierdzę, że KLAPSY i SZARPANIE i KRZYKI to efekt jakiegoś nieradzenia sobie. I to nie jest zawsze oskarżeniem wobec rodzica. Bunt dwulatka i jego dążenie do samodzielności jest naturalnym etapem rozwoju i ma różne nasilenia - czasem w postaci apogeum. Ale to od rodzica zależy jak sobie z tym radzi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Klapsy, szarpanie i krzyki nie tylko są efektem nieradzenia sobie (jasne że są). Są także karalne!

    Czemu, o czemu dyskutujemy w ogóle o tym? To trzeba tępić a nie dyskutować.

    Wiem że każdy robi jak uważa, ale ja jakiś czas temu postanowiłam że będę interweniować jeśli coś takiego zobaczę. Będę zadawać krótkie pytanie: "Czy Państwo wiedzą że to karalne?" I do dziecka: "Pamiętaj że nikomu nie wolno Cię bić".

    Ale z drugiej strony, jak zobaczę pewnie takiego osiłka ojca to będę się bać że wyjdę z lokalu i dostanę nożem. Masakra.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozmowy z dzieckiem - jedyne wyjście. Bicie ( w tym klapsy, nie wiadomo dlaczego oddzielane od bicia)- obsolutnie nie. Reagować - trzeba. Ale...pamiętajmy, że nie zawsze widzimy wszystko, tak jak sama napisałaś. Tak jak napisała Błekitna - dzieciaki są różne. Nasza do 4go roku była w stanie rozmawiać i wszystko dało się wytłumaczyć. Teraz udaje, że nie słyszy. Ma napady wściekłości, które nie są do opanowania.Nigdy jej nie uderzyliśmy, zawsze rozmawiamy, traktujemy jak partnera. Jak popełnimy błąd, przepraszamy.Mówimy o słabościach osób dorsłych... Ale ona się zmienia, oddziela się od nas i ma potrzebę negowania i często denerwuje ją, że nie ma przecwiwko czemu się buntować. No, człowiek normalnie.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Może nie patrzyła w okno bezmyślnie, tylko właśnie "myślnie", bo ma kłopoty w życiu, a dziecko do maca zabrała z nadzieją na 10 minut spokoju. I tak bywa. Program rodzicielstwa bliskości łatwo realizować, gdy ma się cierpliwość, która z kolei wynika z wewnętrznego spokoju, który to z kolei spokój ma się, gdy nie jest się samotnym rodzicem, ma co do garnka włozyć itp itd banał ale tak jest. Też kiedyś patrzyłam z wyższością na rodziców, którzy w mojej opinii błądzili :P i byłam z siebie zadowolona, jaką to jest ekstra mamą. Na ich tle. Ale to nie jest dobra droga.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kurcze, nie chciałam aby tak to zabrzmiało, że się wywyższam.
    Ale zobacz sama napisałaś - że za tą frustracją stoją inne rzeczy i też tak uważam. Że gdzies tkwi problem.

    Chciałam napisać, że nie akceptuję przemocy i że często to rodzice strache, agresją, krzykiem wyzwalają w dziecku podobne reakcje

    Każdy ma prawo do nerwów i gorszego dnia, i dziecko i dorosły, jesteśmy tylko ludżmi.

    Ale nie akceptuję bicia, szarpania i zrzucania winy na dziecko w sposób jaki zrobiła to ta kobieta.

    OdpowiedzUsuń
  8. Może ona też nie akceptuje, ale nie umie inaczej, bo nikt jej tego nie nauczyl. Albo dzien w dzien chodzi do pracy, w której przynajmniej raz dziennie slyszy, ze sie do niczego nie nadaje. takie oswiadczenie "nie akceptuje przemocy itp itd" sluzy wylacznie poprawieniu sobie samopoczucia i potwierdzeniu, jaka ja jestem dobra w wychowaniu i radzeniu sobie z dzieckiem - no chyba, ze cos robisz z sytuacjami, ktorych jestes swiadkiem, ktore Ci sie nie podobaja. p.s. reka do gory, kto nigdy nie wyladowal frustracji na dziecku - niekoniecznie w sposob prymitywny (choc nie wiem, czy bardziej wyrafinowane sposoby nie sa gorsze i nie zostaja w pamieci na dluzej) i niekonieczne publicznie

    OdpowiedzUsuń
  9. A i jeszcze w takim razie jak reagować na takie wrzaski i rzucania się dziecka własnego.

    Krótko wyjaśnić czego się oczekuje i nie reagować. Cierpliwie czekać. W razie zagrożenia, po prostu zabrać dziecko.

    J.

    OdpowiedzUsuń
  10. MG, jeśli czytasz czasem Kiddie to myślę, że kojarzysz że jestem daleka od samozadowolenia...

    I nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że sformułowanie "nie akceptuję przemocy" ma służyć poprawie swojego samopoczucia.

    Tak jak napisałam - miałam kaca moralnego bo nie wiem jak zareagować, czy mam prawo się wtrącac, czy nie - a chciałabym. I wstyd mi że nie umiem.

    I że szkoda mi i dziecka i matki.

    Napisałam też o współczuciu wobec matki - o jej nieporadności w tej sytuacji.

    I oczywiście, nie raz nakrzyczałam na Ni, albo źle na nią spojrzałam czy olałam ją - też wspomnialam o tym, ale też o tym, że przepraszam ją za to.

    To że opcjonalnie nikt tej kobiety nie nauczył jak ma postąpić wcale nie zmniejsza faktu że zbiła dziecko i wyżyła się na nim. Skutki są złe niezależnie od motywacji i stanu wiedzy rodzica.

    Oczywiście, mój post był oceniający. Oceniłam zachowanie kobiety i całą scenę negatywnie. Oceniłam, że lepiej sobie radzę w takich sytuacjach.
    Pomogły mi w tym warsztaty dla rodziców i praca nad sobą.

    To mnie cieszy bo sama na co dzień jestem pełna frustracji i kompleksów i wiele razy na tym blogu poruszałam ten problem.

    Czy mi to poprawiło humor? Raczej ucieszyłam się że udaje mi się unikać takich sytuacji dzięki rozmowom i tłumaczeniu.
    Ale też mnie to sfrustrowało - bo ile dzieci jest w ten sposób karconych? I mi ich bardzo żal.

    OdpowiedzUsuń
  11. Raz jedyny dałam klapsa małej(w sobotę,czyli sprawa świeża)-po 10 razie tłumaczenia,proszenia aby nie biła córeczki koleżanki postąpiłam tak samo-uderzyłam ją,a potem powiedziałam że to Juleczkę boli tak samo jak ją,że jest jej tak samo przykro-poskutkowało.Były krzyki w sklepie,że chce zabawkę,był płacz,wisk(nie było na szczęście rzucanie się na podłogę) Konsekwentnie odmawiałam,tłumaczyłam,aż załapała :D
    Do Maca jeździmy jak na jakiś czas z jakiś okazji,a to urodziny starszych dzieci(już nastolatki) a to w nagrodę np. za grzeczność.Mają dobre jedzenie dla dzieciaków,raz na ruski rok można im dać zasmakować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. postąpiłam tak samo-uderzyłam ją,a potem powiedziałam że to Juleczkę boli tak samo jak ją,że jest jej tak samo przykro-poskutkowało.

      poskutkowało - nauczyła się, że można kogoś bić, tylko trzeba być silniejszym (dorosly-dziecko), ze bicie jest dopuszczalne, bo rodzice tak robią. że oko za oko, ząb za ząb.

      Usuń
    2. Nie,nie nauczyła się,od tamtego momentu jest ok.A twoje myślenie jest typowe dla dorosłego to właśnie my robimy ząb za ząb jak to nazwałaś....Dzieci mają prostsze myślenie.

      Usuń
  12. Ja powiem tak. Sa dzieci ktore urzadzaja sceny histerii w pewnym wieku pomimo rozmow, uwagi i tego wszystkiego o czym piszesz.
    Jesli zas chodzi o klapsy, przemoc to staram sie teraz nie byc tak bezkompromisowa jak dawniej i daje prawo do bledow. Moze to byl ten pierwszy i ostatni raz? Moze ta kobieta byla smiertelnie zmeczona? Nie wiemy.

    http://www.potworispolka.blogspot.de/2012/10/nessie-propagatorka-przemocy-wobec.html?m=1

    OdpowiedzUsuń
  13. dobre jedzenie dla dzieci w maku jako nagroda za grzeczność? lol:D

    też jestem zwolenniczką rozmawiania, tłumaczenia, ględzenia, opowiadania, wyjaśniania, gadania i co tam jeszcze można. ale czasami jest cholernie ciężko, nie ma co ściemniać. nie zawsze mi się chce tłumaczyć po raz setny. czasami jedyne na co mnie stać to "Łucja! schody! na górę! wanna! szorujemy się myć!" a mała małpa ze śmiechem biegnie i woła "szolujemy! szolujemy!" :-)

    nie odebrałam Twojego postu jako wywyższania się, przeciwnie. masz raczej tendencje do dołowania się i skupiania na bardziej lub mniej prawdziwych potknięciach, więc ja z przyjemnością poczytałam o tym, co uważasz za swój sukces. i chętnie poczytam o innych Twoich sukcesach:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A twoja mama ci w dzieciństwie nie dawała na lody z automatu w nagrodę?

      sorry,ale na to wychodzi,że pisząc prawdę o wychowaniu własnego dziecka albo skazujemy się na besztanie innych idealnych matek bo mamy system nagród/kar/przywilejów/zakazów albo zerowe zrozumienie.
      Gratuluję waszym dzieciom tak wspaniałych matek

      Usuń
    2. wiesz, bardziej chodziło mi o nazywanie junk foodu z maka dobrym jedzeniem, nawet aiedenn wzięła w cudzysłów słowa o "zbilansowanym posiłku"... i traktowanie tego typu jedzenia jako nagrody jest raczej kontrowersyjne;-)

      akurat spudłowałaś, bo nie dostawałam tego typu nagród, nigdy jedzenie nie było nagrodą, bo niby dlaczego? a za karę wyrzucasz do śmietnika ciastka? ;-) nie oburzaj się, tylko obroń swoje zdanie jeżeli uważasz je za słuszne.


      Gratuluję waszym dzieciom tak wspaniałych matek
      jak śpiewał Zappa: "oh, God, oh, God, I'm so fantastic!" :D

      Usuń
  14. Jestem pod wrażeniem dyskusji i emocji i moich przemyśleń jakie się mi narodziły. Mam chyba temat na kolejnego posta:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie wiadomo jakie myśli targały matką, itp.
    Ale mówienie dziecku, że jest do niczego? To takie przykre :(
    "Nie powinnaś tak robić" powtórzone kilka razy w końcu dotrze do dziecka. Skutek będzie na pewno pozytywny.
    "Nie nadajesz się do niczego" też na pewno dotrze. Tylko jaki będzie miało wpływ na dziecko? :(

    OdpowiedzUsuń
  16. jestem przeciwniczką bicia dzieci, szarpania i krzyków. ale moim zdaniem to te okropne, raniące, niesprawiedliwe słowa najgorzej zapadły w opisane przez ciebie dziecko...
    mi się zdarzyło nie raz krzyknąć na dzieci. też staram się przepraszać, rozmawiać, tlumaczyć. staram się, ale nie zawsze mi się udaje. natomiast zgadzam się że taka reakcja rodzica jest przejawem jego bezradności i wyładowywania własnych frustracji. natomiast reakcja dziecka które krzyczy czy nawet rzuca się na podłogę to nie wynik nieudolności rodziców, ale jego temperamentu, sposobu okazywania emocji. liczy się jak my rodzice na to zareagujemy. ja mam trójkę dzieci i każde z nich jest zupełnie inne, inaczej reaguje.

    OdpowiedzUsuń