Postanowiłam (kolejny raz) wziąć się za siebie od nowego roku.
Złożyłam sobie obietnicę - jeśli uda się pewna rzecz (która się udała) - to nie ma przeproś - włączam treningi z Ewą.
Tak też się stało wczoraj - to już kolejne podejście do systematyczności...
Jak jedna z wielu cielęcin łudzących się, że dadzą radę, podłączyłam laptop do TV i zrobiłam zaciętą minę.
Po chwili skrzydełka lekko opadły, ale za to pojawił się mały fitness nazi w postaci Ninki.
"Mamooo! Jeszcze wyżej nogę"
"Mamusiu, dlaczego nie robisz tak jak ta pani? Ona ma wyżej głowę"
"Mamusiu dlaczego tak sapiesz?"
"Mamusiu zobacz jak ja skaczę, potrafisz zrobić tak jak ja?"
O, rzesz.
Był ostry wycisk.
Po czterdziestu minutach, kiedy Ewa dziękuję za trening, padłam na glebę nieżywa.
Ni podsumowała to krytycznie ciągnąc mnie za nogę: "Wstawaj mamusiu! Musisz wstać, rusz się!"
Rzeczywiście, pranie samo się nie powiesi a obiad na jutro nie zrobi.
Myślę, że z takim trenerem za miesiąc będę motylem.
Lekko półżywym, ale jednak:)


Życzę wytrwałości! Moja siostra cwiczyła i ćwiczy z Ewką, do tego polubiła bieganie i po roku są efekty!!!
OdpowiedzUsuńJa z Nowym rokiem zaczęłam bieganie, albo raczej marszobiegi i muszę się przyznać, że nawet mrozy mi nie przeszkadzają. Ważne żeby robić coś dla siebie, chociaż ja nie umiem ćwiczyć z widownią :)
a ską się bierze chodakowską? ze sklepu, z netu? bo wszyscy to mają a ja nie :)
OdpowiedzUsuń