...Jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci.
Ale nie wszechmocni...
Myślę o tym często a zwłaszcza wtedy, kiedy docierają do mnie wieści jak dzisiaj.
Dziś dowiedziałam się, że zmarło kolejne dziecko, które nie otrzymało na czas opieki medycznej.
I to w moim mieście.
Kolejny raz szpital nie stanął na wysokości zadania.
Szpital - i system i ludzie.
Ten sam szpital, który uratował życie Ninki. Który nas nie zlekceważył wiele razy. Który tylko raz, spośród wielu razy kiedy tam byłam, odesłał nas do domu na obserwację - i to słusznie. Bo wiedziona intuicją podałam Ni sterydy, które w tamtym momencie chwilowo jej pomogły.
Za każdym razem przypominają mi się tamte dni, godziny, tamta noc i poranek kiedy Ni wylądowała na OIOM z ostrą niewydolnością oddechową, zapaleniem oskrzeli, płuc i na dodatek zaburzeniami żołądkowymi.
Dziękuję swojej intuicji powodowanej niepokojem i uporowi, temu, że mieszkam w mieście wojewódzkim, losowi, silnemu organizmowi, Niny wybitnym w mojej opinii specjalistom, pod których opiekę trafiła... Dziękuję tej mieszance, która spowodowała, że jest dziś z nami - i to zdrowa, bez zaburzeń, które nam groziły z powodu niedotlenienia...
Mieliśmy szczęście. Na pewno.
Ale też - intuicję, upór, przekonanie, że trzeba działać.
Wtedy lekarze pochwalili nas, że dość szybko trafiliśmy do szpitala - dla mnie i tak to było zbyt późno, wyrzucałam sobie, że ładnych parę godzin Ni się tak bardzo męczyła, z trudem łapała oddech, a ja zamiast od razu wezwać karetkę, pojechałam w amoku taksówką do szpitala...
Ale to już za nami, choć wspomnienia wracają.
I tak właśnie myślę. O tym, jaką bycie rodzicem wymusza odpowiedzialność.
Musimy znać swoje dziecko, jego reakcje na wylot.To my jesteśmy pierwszą instancją, jeśli chodzi o wiedzę o dziecku, przebytych chorobach, uczuleniach.
To ta właśnie intuicja zmusza do walki, podpytywania, niedawania się zbyć, przegonić.
To intuicja połączona z wiedzą zdobywaną potocznie i dzięki internetowi , tak obśmiewanemu przez lekarzy.
Dzięki niemu przecież kiedyś zdiagnozowałam Ninie bostonkę, czego nie zidentyfikowało trzech pediatrów i dopiero w szpitalu przyznano mi rację.
Rodzic musi mieć tę cholerną intuicję, hodować ją w sobie.
Ale czym jest ta intuicja w zderzeniu z systemem?
Ze szpitalem odsyłającym do domu, z karetką, która nie dojeżdża na czas?
Mnie być może mój medyczny konik laika nie pozwoliłby tak łatwo zbyć.
Byłabym upierdliwa do bólu - taką mam nadzieję.
Ale czy można na siebie liczyć w sytuacji stresowej? W panice? Rodzic wariujący z niepokoju o dziecko ma jeszcze być tygrysem wbijającym się na izbę, zrzucającym komputery ze stołów, by zwrócono na niego uwagę?
Parę dni temu oglądałam odcinek Chirurgów, w którym dzięki takiej właśnie upartej matce okazuje się, że miała ona rację i należy ratować dziecko chore na chorobę Kawasaki (Ni miała też jej podejrzenie zresztą...)
Co my możemy zrobić w zderzeniu z systemem opieki zdrowotnej w Polsce?
Moja odpowiedź jest tylko jedna - douczać się. O możliwych chorobach, postępowaniu, pierwszej pomocy, objawach groźnych zakażeń itd.
Czasem ta wiedza w połączeniu z tą pierwotną intuicją i upierdliwością może być bezcenna...

Przerażające......
OdpowiedzUsuńAle muszę się z Tobą zgodzić. Intuicja intuicja, ale trzeba drążyć, dowiadywać się... Czasem bywa, że intuicja zawodzi, wtedy zostaje wiedza...
W sumie bardzo smutna konkluzja... Najsmutniejsze jest to że my rodzice możemy być tacy jak piszesz, ale to w zderzeniu z systemem i ludźmi czasem może też nie wystarczyć... :-(
OdpowiedzUsuńNawet nie chcę sobie wyobrażać co czują rodzice tego dziecka i chyba już do końca życia będą się zastanawiali co zrobili źle i żałowali, że nie zrobili czegoś więcej...
Tak to prawda Dag, dlatego bardzo często dziękuję losowi za szczęście jakie miałam.Przypadek, los, troszkę intuicji i lęku, ale i lepszy dostęp do profesjonalnej pomocy ekspertów w mieście wojewódzkim... Takie historie mnie mrożą do kości...
OdpowiedzUsuń