Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy cykl opowieści o byciu mamą za granicą - o warunkach życia, modelu wychowania z jakim się stykamy.
Zaprosiłam kilka dziewczyn, dostałam ich wypowiedz a potem utknęłam w odmętach pracy zawodowej, przygnębienia przeprowadzkowego.
Ale czas się odkopać!
Jako pierwsza wypowiedź mieszkającej w Danii Magdy, która prowadzi fan page pt. Kuboleke poświęcony jednemu z jej synków dotkniętego autyzmem.
Wywiad przeleżał troszkę na półce... Ale myślę, że najważniejsze rzeczy się nie zdezaktualizowały;)
Wywiad przeleżał troszkę na półce... Ale myślę, że najważniejsze rzeczy się nie zdezaktualizowały;)
Zapraszam do poznania jej ciekawych spostrzeżeń.
Magda - dzięki!
W jakim kraju mieszkasz i od jak dawna? Czy zamierzasz tu zostać na stałe?
Dania. Mieszkam tu od marca 2013. Mój mąż od grudnia 2012. Zamierzamy tu zostać na stałe.
Ile masz dzieci i w jakim są wieku?
9 lat i 3,5 roku.
Co sprawiło, że zamieszkałaś za granicą?
Głównym powodem naszego wyjazdu było niepełnosprawne dziecko. Ma w tej chwili 9 lat. Przygotowywaliśmy się do emigracji ok. 1,5 roku.
Myślimy o przyszłości naszego syna, o tym, czy będzie kiedykolwiek samodzielny, czy nasze Państwo byłoby w stanie go wspierać? Pomagać? Tak, by był niezależny? Nie wiemy jak będzie funkcjonował za X lat.
Model skandynawski – państwo opiekuńcze mu tą przyszłość zapewni, bez względu na jego poziom funkcjonowania w przyszłości. Pomoc dla dzieci ze specjalnymi potrzebami, dla dorosłych, to temat rzeka. Myślę, że Polska nigdy takiego poziomu nie osiągnie. Nie ma na to szans.
Co najbardziej podoba Ci się w mieszkaniu za granicą i w byciu mamą, rodzicem za granicą? Czy jest coś co byś przeniosła do Polski?
Bycie Mamą to bycie Mamą…choć z całą pewnością, tzw. „pomoc Państwa” ma kolosalne znaczenie w codziennym życiu.
Bardzo podobają mi się tutaj przedszkola. Dzieci jedzą zdrowo-żadnych słodyczy, do picia tylko woda, codziennie wychodzą na plac zabaw albo spacer/piknik w lesie...
W Polsce, niestety, w przedszkolu nasz synek „nauczył” się jeść słodycze. Z okazji Mikołajek, świąt różnego typu dzieci dostawały ZAWSZE czekoladę i inne słodycze. Nie chcieliśmy, by w tak młodym wieku częstowano nasze dziecko słodkościami. Miał wtedy zaledwie 2 lata, nikt nawet nie pytał co my na to. Tu ten problem nie istnieje.
W tej chwili mamy w domu model skandynawski (a jakże) – słodycze tylko w weekend. I to się sprawdza. Woda do picia, z kranu, najlepsza – cała rodzina się przestawiła No i powietrze – bez względu na pogodę dzieci są 1,5 godziny na zewnątrz. Podsumowując – przedszkola, zdrowe podejście do jedzenia, - przeniosłabym to do Polski. A także dostępność do nich – bardzo się krótko czeka na miejsce. W Kopenhadze czekaliśmy na miejsce 2 tygodnie, teraz, niedawno wyprowadziliśmy się za miasto, czekaliśmy zaledwie kilka dni.
No i bym zapomniała – najważniejsze. Mieszkania ze wspólnot mieszkaniowych są dla wszystkich. Każdy kto przebywa tu legalnie może się zapisać do takiej wspólnoty – czas oczekiwania od 1 miesiąca do 20 lat nawet, w zależności od lokalizacji. Nam się trafiło, że dostaliśmy skrajny segment z ogródkiem, w bardzo spokojnej okolicy, z dobrą komunikacją. Nasze poczucie bezpieczeństwa wzrosło baaardzo, komfort też, mój synek często powtarza „piękne mamy nowe mieszkanko Mamusiu”…
Mieszkania dla wszystkich – stanowczo przydałoby się to w Polsce.
Jest jeszcze szereg innych rozwiązań, praktycznych, które mi się bardzo podobają, ale nie będę zanudzać ;) Jestem bardzo pro-skandynawska. Po prostu. Pewnie dlatego tu mi tak dobrze.
I odwrotnie, co Ci się najbardziej nie podoba, co sprawia/sprawiło trudność?
Trudnością jest oczywiście język. Duński jest okropnym językiem w wymowie. To jest po prostu jakiś koszmar, i to mówi ktoś kto się generalnie języków uczy szybko. Gdyby językiem ojczystym w Danii był hiszpański….byłabym w raju. A tak muszę walczyć z „wrogiem”, moje dzieci też. Teraz jest już lepiej, początkowo wszystko po angielsku – bo tu w tym języku mówią w zasadzie wszyscy…z wyjątkiem administracji mojego osiedla. Mam z kim trenować. Poważniej trochę - oswajamy się, nie ma wyjścia jeśli chcemy zostać tu na stałe. Państwo jednak dba o naszą edukację – duński dla obcokrajowców jest 3 lata za darmo.
Trudnością jest na pewno zaczynanie „od nowa” po 30. Powinnam się tu znaleźć 10 lat temu.
Czy coś mi się nie podoba? Przerażają mnie getta – to takie osiedla gdzie zamieszkują głównie osoby spoza zachodniego kręgu kulturowego (powyżej 50 proc..), bez pracy i/lub wykształcenia (powyżej 40 proc.), z wyrokami za przestępstwa większe lub mniejsze (współczynnik co najmniej 270 na 1000 mieszkańców). Takich osiedli jest w całej Danii ok. 30, w samej Kopenhadze ok. 15. . Dlatego też my zdecydowaliśmy się mieszkać za miastem, w spokojnej okolicy, blisko pracy mojego męża, gdzie jest bardzo mało emigrantów w ogóle. W gettach strach wyjść po godzinie 20 z domu. Chcemy się czuć bezpiecznie i tak właśnie jest.
Jak wygląda wsparcie państwa oraz organizacji pozarządowych dla Twojej rodziny w kraju w jakim mieszkasz?
Wsparcie jest na wielu płaszczyznach. Wspomniane mieszkanie, dopłata do mieszkania; zasiłki na dzieci (one są dla wszystkich bez względu na dochód), dopłata do przedszkola – w naszym przypadku to prawie 70 proc., świetlicy. Jeśli chodzi o dziecko niepełnosprawne również – dofinansowania na leki, pomoc psychologiczna, terapeutyczna, wsparcie dla całej rodziny. Wsparcie to polega też np. na odciążeniu rodziny w opiece nad niepełnosprawnym dzieckiem, coś w rodzaju „wytchnienia”- dziecko np. jeden dzień w tygodniu, i jeden weekend w miesiącu spędza w specjalnej instytucji, z reguły jest to dom, dla załóżmy – 6 dzieci. Taka pomoc jest nieoceniona, bardzo się przydaje rodzinom z niepełnosprawnym dzieckiem. Nie ze wszystkiego jeszcze korzystaliśmy, niedawno się przeprowadziliśmy w ten rejon i tu od nowa trzeba te sprawy załatwiać. Nad wszystkim czuwa „opiekun rodziny”, on załatwia wszystkie sprawy, jest przedstawicielem danej komuny (urzędu) i działa w naszym imieniu, jeśli czegoś potrzebujemy – zwracamy się do tej osoby i ona działa.
Jak wyglądają Wasze relacje sąsiedzkie oraz z innymi rodzicami i lokalną społecznością. Czy i jak wpasowaliście się w otoczenie i nawiązaliście relacje? czy obracacie się w polskim czy lokalnym środowisku?
Początkowo obracaliśmy się głównie w polskim środowisku. Teraz zaczyna się to wyrównywać – znajomości z przedszkola zaczynają się zacieśniać – w grupie mojego syna są sami Duńczycy, grupy wsparcia dla rodziców dzieci niepełnosprawnych, lokalny sklep gdzie moje dzieci są już dobrze znane. Poznajemy też powoli sąsiadów (mieszkamy tu zaledwie miesiąc). Mamy też oczywiście grupkę zaprzyjaźnionych Polaków – nie jest to liczna grupa, ale już sprawdzona.
Jak wygląda Twoja sytuacja zawodowa? Na ile różni się od tej z Polski?
Moja sytuacja zawodowa bardzo się różni od tej w Polsce. Tam zostawiłam tzw. karierę, świadomie. Zamknęłam swoją działalność. Miałam ponad rok na zamknięcie wszystkich spraw, poinformowanie klientów, że nie musimy zakończyć współpracę. Jednak nie żałuję tej decyzji. Wiedziałam, że w Danii nie mogę pracować w swoim zawodzie, dlatego postanowiłam się jeszcze przed emigracją przebranżowić. Już podczas pobytu tutaj obroniłam się na polskim uniwerku – moja praca dyplomowa dotyczyła zarówno Polski jak i Danii. Wiem czego się mogę spodziewać tu, myślę, że pracę zawodową rozpocznę tutaj w przyszłym roku. W tej chwili skupiam się na intensywnej nauce języka duńskiego, i na tym, by moje dzieci odnalazły się tutaj w 100 proc. Starszy syn, ten niepełnosprawny, jeszcze nie chodzi do szkoły na cały dzień, oswaja się, mam nadzieję, że pójdzie dobrze wszystko.
Jak oceniasz adaptację swoich dzieci i jak one odnoszą się do Waszego mieszkania za granicą
Młodszy synek odnalazł się za granicą bardzo szybko. Chodzi do przedszkola, bardzo mu się ono podoba, wraca zachwycony codziennie. Widać, że powoli łapie język duński, zna coraz więcej słówek, jest dobrze. Był za mały żeby zdawać sobie sprawę, jak to się stało, że nagle wszyscy mówią w dziwnym języku, że babcia i dziadek są teraz daleko. Przyjął to gładko – czasem się tylko śmieję z jego reakcji, gdy z wielkim zdziwieniem reaguje słysząc gdzieś polski język. Ale on ma szczęście – będzie naturalnie dwujęzyczny.
Starszy nie jest także do końca świadomy nowej sytuacji. Bariera językowa jest na pewno najtrudniejsza, ale korzysta w szkole z pomocy wizualnych, początki były trudne, ale to głównie dla jego przyszłości to wszystko.
Czy jest coś czego Ci brakuje po wyjeździe za granicę?
Ostatnio nawet rozmawialiśmy z mężem czego nam brakuje… doszliśmy do wniosków, że mało jest takich rzeczy…a jeśli już to głównie smaków. Choć i to można rozwiązać – są w Danii polskie sklepy. Mi brakuje gór – Polska ma piękne góry, obiecaliśmy sobie, że raz w roku będziemy się choćby na weekend tam wypuszczać. Ślub braliśmy w górach, tak jakoś sentymentalnie to traktujemy.
Brakuje nam rodziny blisko, ale w dobie skype, Internetu w ogóle, odległość jeszcze nigdy nie była tak mało istotna. No i lot – do Polski trwa godzinę. Czasem z jednego końca miasta na drugi jedzie się w Polsce dłużej.
Jak subiektywnie oceniasz styl wychowania i życia rodziny w kraju w jakim mieszkasz? Czy jest coś takiego jak lokalny model wychowania?
Równouprawnienie – to pierwsze słowo, które mi przychodzi na myśl. Moje obserwacje są takie, że tu bardzo dużą rolę w wychowaniu dziecka odgrywają mężczyźni. W Polsce mimo wszystko panuje mit „Matki Polki”, która owszem – zawodowo pracuje, spełnia się w tej roli, ale dom i dzieci są na jej głowie. Tu mężczyźni biorą na siebie co najmniej połowę obowiązków. Być może wynika dlatego też, jeśli rodzice się rozwodzą, rozstają, dziecko wychowuje się w „opiece naprzemiennej”. To bardzo popularna tutaj metoda „dzielenia się” dzieckiem po rozwodzie. 2 tygodnie w miesiącu dzieci mieszkają u jednego z rodziców, 2 tygodnie u drugiego. I wszyscy są zadowoleni, a dziecko ma oboje rodziców, którzy w równym stopniu uczestniczą w jego wychowaniu.
Podobnie sprawa wygląda w sytuacjach kiedy rodzice nie chcą opieki naprzemiennej, wtedy sąd orzeka co jest lepsze dla dziecka. W Polsce jak wiadomo jest o to bardzo trudno, żeby dziecko zamieszkiwało z ojcem po rozwodzie. Takich przypadków jest bardzo mało – w Danii wręcz przeciwnie – to nie płeć determinuje wybór – a dobro dziecka.
Kolejna rzecz, duńskie dzieci wcześnie się z domu wyprowadzają, usamodzielniają, bardzo często ok. 18 roku życia. To też zapewne pokłosie stylu wychowania. No i zabezpieczenie też – studia są za darmo, państwo płaci stypendium, mieszkanie ze wspólnoty lub od rodziców – są ku temu warunki.
Jeśli chcecie się skontaktować z Magdą, służę jej adresem mailowym.
Lubię czytać takie historie, bardzo mnie ciekawią :-)
OdpowiedzUsuńŚwietny wywiad! Świetny pomysł w ogóle! Mega interesujący temat, oczywiście jakiś potwór frustracji mnie przez chwilę ogarnął, ale lubię czytac takie historie, jak Dag powyżej, zawsze to jakas inspiracja, punkt, do którego mozna dązyć. Sama pracuję w duńskiej firmie, mamy sporo kontaktów z Dunczykami i oni faktycznie sa z "innego swiata". Ale jakże fajny ten swiat...
OdpowiedzUsuńSuper! Pani Magdo, wszystkiego dobrego na obczyźnie! :)
OdpowiedzUsuńSuper pomysł z tym cyklem! Świetnie się czyta:)
OdpowiedzUsuńSuper pomysł z tym cyklem! Świetnie się czyta:)
OdpowiedzUsuń