Zajrzałam na bloga po raz pierwszy do dłuższego czasu.
Oczywiście po moich ostatnich wymyślonych zmartwieniach matki kwoki nie został ślad. Zazwyczaj po fakcie wydaję się sobie ze swoim tragizowaniem śmieszno - straszna.
Katastroficzna Filifionka skrzyżowana z sarkastyczną Małą Mi.
A nawet upierdliwym Paszczakiem:)
A większość tego typu zmartwień wykwita, kiedy bardzo dużo pracuję i mam wrażenie, że czas z Ni przecieka mi przez palce.
Z tego tytułu dorobiłam się nawet hejtera, który w komentarzach wylewa swoje kompleksy, dla którego jestem pozbawioną gustu rzewną nudziarą. Cóż, można i tak leczyć swój ból świata. Ja mam nieco inne patenty:)
Na szczęście moje dziecko nic sobie z tego wszystkiego nie robi i wbrew mojemu malkotenctwu promienieje radością. I mam wrażenie, że zaraża nią ludzi dookoła.
Kiedy wychodzę z nią, pozdrawiają ją na osiedlu nieznani mi ludzie.
Panie w kilku okolicznych sklepach znają jej imię i przemycają dla niej lizaki.
Spacerowicze z pieskami zapraszają ją do wspólnej zabawy.
Dziś pani w sklepie zagadnęła mnie, chwaląc "moje rezolutne dziecko" (właśnie tańczyła na środku sklepu i śpiewała "po angielsku").
Ni jest wcielonym słońcem, spontanicznością i radością życia. Powinna być chyba zapisywana na receptę zamiast prozacu.
Dziecko słońca, które przydarzyło się ponuremu kosiarzowi.
A to fajny psikus:)
Najlepszy prezent od życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz