poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Dziecko słońca vs ponury kosiarz

Zajrzałam na bloga po raz pierwszy do dłuższego czasu.

Oczywiście po moich ostatnich wymyślonych zmartwieniach matki kwoki nie został ślad. Zazwyczaj po fakcie wydaję się sobie ze swoim tragizowaniem śmieszno - straszna.
Katastroficzna Filifionka skrzyżowana z sarkastyczną Małą Mi.
A nawet upierdliwym Paszczakiem:)
A większość tego typu zmartwień wykwita, kiedy bardzo dużo pracuję i mam wrażenie, że czas z Ni przecieka mi przez palce.
Z tego tytułu dorobiłam się nawet hejtera, który w komentarzach wylewa swoje kompleksy, dla którego jestem pozbawioną gustu  rzewną nudziarą. Cóż, można i tak leczyć swój ból świata. Ja mam nieco inne patenty:)

Na szczęście moje dziecko nic sobie z tego wszystkiego nie robi i wbrew mojemu malkotenctwu promienieje radością. I mam wrażenie, że zaraża nią ludzi dookoła.
Kiedy wychodzę z nią, pozdrawiają ją na osiedlu nieznani mi ludzie.
Panie w kilku okolicznych sklepach znają jej imię i przemycają dla niej lizaki.
Spacerowicze z pieskami zapraszają ją do wspólnej zabawy.
Dziś pani w sklepie zagadnęła mnie, chwaląc "moje rezolutne dziecko" (właśnie tańczyła na środku sklepu i śpiewała "po angielsku").
Ni jest wcielonym słońcem, spontanicznością  i radością życia. Powinna być chyba zapisywana na receptę zamiast prozacu.

Dziecko słońca, które przydarzyło się ponuremu kosiarzowi.
A to fajny psikus:)
Najlepszy prezent od życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz