piątek, 11 stycznia 2013

Co widziałam w szpitalu. I o klapsach.

Co widzialam w szpitalu?
Przede wszystkim ogrom miłości. Rodziców do dzieci. I lęku o ich zdrowie.

A także wielkie zmęczenie. Nie jest łatwo przebywać na odziale małych dzieci, chorych, obolałych i płaczliwych. Na sali wieloosobowej, na plastikowym krześle, na karimacie na podłodze, zrywając się co chwila i czuwając.

Widziałam także życzliwość personelu - ujęła mnie widziana kątem zaspanego oka pielęgniarka wchodząca w nocy do sali, ciuchutko mierząca temperaturę i przykrywająca rozkopaną Ni.

I niewdzięczną pracę salowych, z których niektóre wykonują ją z dyskrecją, a inne ostentacyjnie, z wielkim hałasem i narzekaniem, opowieściami z życia prywatnego o kupionych zepsutych wędlinach i zbuntowanych córkach...

I różne style zachowań mam. Niektóre pogodne, inne znużone w letargu, inne zdenerwowane, inne zadomowione tak, że chodzące w piżamach i popijające kawkę a inne przezroczyste i przemykające chyłkiem, inne głośne i niezwracające uwagi na potrzeby innych, inne maksymalnie skupione na dziecku i zabawiające je non stop. I kilka młodziutkich mam, kilkunastoletnich. W tym jedną przykuwającą uwagę - z pełnym ostrym makijażem a'la chola od samego rana.

I ojców. Niektórych nieobecnych. innych zatroskanych. Innych objuczonych torbami. Innych pochylonych nad łóżeczkiem, a innych z nosem w laptopie. I jeszcze z wypisaną bezgraniczną miłością, rozpromieniających się na widok dziecka, przyklejonych do niego. 


I różne style wychowania. 

Nam trafiła się mama uznająca klapsy za coś naturalnego. Dziewczyna otwarta, miła i życzliwa dla Ni, pomocna, szczodra.
Ale z jej ust usłyszałam: "Nikt jej tam nie katuje, ale klaps musi być, inaczej by nie znała moresu. Mi mama dawała w tyłek i wyrosłam na porządnego człowieka. Jak chcę, żeby robiła, to co ja zechcę, muszę jej dać w tyłek. Albo mówię jej: >>Mam zdjąć laczka?! widzisz laczka!!!<<"
Ninka kiedy pierwszy raz zobaczyła takie sieknięcie przez pośladek i zanoszącą się rykiem dziewczynkę, wykrzyknęła z okrągłymi z przerażenia oczami: "Dzieci nie wolno bić!! Tylko tulić!!".


Ni nigdy nie dostała i mam nadzieję, nigdy nie dostanie klapsa i nigdy nie uznam go za metodę wychowawczą. 
Widać zresztą było po relacji dziecka i matki, że słynny laczek nie działa. Dziewczynka zanosiła się wówczas płaczem, a nawet dostawała spazmów takich, że w któryms momencie zatoczyła się i uderzyła w głowę w podłogę.

Miałam wrażenie niekonsekwencji i nierównego traktowania dziecka. Z jednej strony karana klapsem, z drugiej rozpieszczona, rozbrykana i przejawiająca postawę dominującą - wyrywała zabawki Ni, przepychała ją. A jednocześnie traktowana ciepło wdrapała mi się na kolana i naklejała naklejki, ładnie bawiła z Ni i naśladowała jej zabawy. 
Łaknęła prawdziwej uwagi.
Prawdziwej - a nie uwagi pozorowanej polegającej na przekarmianiu. Dziewczynka w dokładnie tym samym wieku co Ni była duża. Ważyła 17 kg (Ni przy przyjęciu - niewiele ponad 11). Co chwilę dostawała coś do jedzenia i posłusznie konsumowała. I co ciekawe jednak - na Ninę zadziałało to stymulująco. Domagała się jedzenia i jadła w szpitalu trzy razy więcej niż zwykle naśladując koleżankę. Tak dużo, że w noc po powrocie dostała boleści żołądka i zwymiotowała nam...

Jednocześnie muszę przyznać, że owa dziewczynka bardzo dobrze znosiła zabiegi medyczne w przeciwieństwie do wyjącej, drapiącej, kopiącej Ni. Widziałam w oczach tejże mamy, że najchętniej przywaliłaby jej na uspokojenie. Faktycznie Ni była nie do opanowania w takich sytuacjach, ale mimo wszystko nie wyobrażam sobie jak moje przerażone dziecko mogłabym karać za to klapsem...

Moją uwagę zwróciło także dosłowne wrzucanie jak worka z ziemniakami sfustrowanych dzieci za karę do szpitalnego łóżeczka i zasuwanie szczebelków.Szpitalne łóżko służyło za więzienie dla histeryzujących maluchów. Po chwili wycia uspokajały się, ale widziałam ich twarze pełne upokorzenia i rezygnacji. W końcu taka kara to także objaw bezsilności rodzica i mam wrażenie, że dziecko je czuje.

Nie uznaję mojego stylu wychowania za wyjątkowy i jedyny słuszny. Jak każda mama bywam nie raz doprowadzona do białej gorączki i umęczona. A jednocześnie obrałam sobie za priorytet  poszanowanie dla integralności Ni, dla jej emocji, lęków, dla tego, że może czegoś nie chcieć, nie akceptować. Nie oznacza to ustępowania we wszystkim czy parterstwa - bo dziecko zawsze będzie dzieckiem, nie partnerem. Niektórzy uznają to może za rozpieszczenie. Dla mnie podstawa naszych relacji.

Kiedy muszę zrobić coś wbrew jej woli, zazwyczaj staram się to wytłumaczyć, czasem nawet przeprosić. I zazwyczaj działa.Ninka często wówczas kiwa głową: "Tak, wiem", albo "Ninka się zastanawia" czy "Ninka martwi się" albo "Przykro mi" czy "Boję się". Pomijając stany jej ewidentnego zacietrzewienia czy paniki widzę, jak nasze traktowanie jej po prostu jak małego człowieka procentuje i rozwija jej empatię. 

I rozwija mnie jako mamę i człowieka.  Zmusza do odbywania każdego dnia lekcji arcytrudnej sztuki dyplomacji i poskramiania nerwów.
Bezcenna to edukacja.


3 komentarze:

  1. Zochacz dziś rano 15,8 kg ;). Fajnie że już jesteście w domu, martwiliśmy się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może dla tej dziewczynki, zabiegi, nawet niekoniecznie przyjemne, były wlasnie przejawem prawdziwego zainteresowania czy nawet troski...
    Cieszę się, że jesteście już w domku, przykro, że musicie przez to wszystko przechodzić :(

    Pozdrowienia
    Ania S

    OdpowiedzUsuń
  3. Bicie dzieci jest karalne.Może się to nie podobać, lecz nikt nie ma prawa nikogo bić. Zwłaszcza dzieci. Masakra.

    OdpowiedzUsuń