poniedziałek, 14 lipca 2014

Seks, śmierć, nauka, kosmos czyli zainteresowania czterolatki

Siedzę sobie z Ni w domu dostając momentami bzika:)

Bo przecież zakazano nam wychodzenia przez tydzień na dwór po zabiegu. A utrzymanie rozbrykanej, pełnej energii dziewczynki w ryzach wymaga wiele cierpliwości i pomysłowości.
Zresztą o tym będzie kolejny post:)
Nie wytrzymaliśmy jednak długo i po kolejnej sesji dzikich skoków na kanapie okraszonych małpimi okrzykami wzięliśmy Ni na dwie godziny na spokojny spacer po lesie. Spokojny, bo zakazywaliśmy jej brykać, co nie było łatwe.
No ale ten post jest nie o tym.
Tylko tym, że mam znowu pracę zdalną a tymczasem co chwilę odpowiadam na pytania.
(Czterolatek zadaje ok 400 pytań dziennie. Czy to możliwe??)


Zresztą te pytania pojawiają się już od dłuższego czasu.


A z czego zrobione są tory?
A jak powstał księżyc?
A z czego robi się papier do książek?
A jak powstaje plastik?
A co to jest burza?

A co to znaczy, że ktoś  "umarnął"?
A po co jest cmentarz?

A co to za budowla (przechodzimy koło kościoła).
A co to jest kościół?
A co to znaczy że ludzie się modlą?
A dlaczego się modlą do ducha? A przecież duchy nie istnieją.

A  kiedy będę miała piersi jak Ty?
A dlaczego chłopaki mają siusiaka?
A czy ja też mogę mieć w brzuszku dzidziusia?



I...
choć czasem odpowiedź na pytanie wymaga wysiłku polegającego na uproszczeniu wiedzy, a czasem nawet dokształcenia się to kocham te jej pytania.
Kocham tę dziecięcą ciekawość i dociekliwość, pasję.
To, że równie ciekawy jest robak na ścieżce jak i budowa rakiety.
I tę zamyśloną minkę Ni, kiedy analizuje i przyswaja informacje rodzące kolejne pytania.

Moi rodzice gdy byłam starsza odpowiadali i podpowiadali szukanie w wielotomowej encyklopedii prężącej się na półce.
Dziś Nina wie, że jeśli chce zobaczyć jak powstaje papier, zaraz wrzucam jej film na You Tube.
Wiedza jest dostępna w formie instant.
Ciekawe czy będzie mniej ceniona, jeśli zdobywana bez wysiłku, dostępna na wyciągnięcie ręki?
A może w czasach salonowej pobieżnej erudycji właśnie silne zainteresowana, pogłębianie wiedzy w wybranych dziedzinach będzie cenne.
Czy lepiej jest wiedzieć nic o wszystkim czy wszystko o niczym?
Tak sobie przy okazji rozmyślam jak to ja:)



czwartek, 10 lipca 2014

Rzeźnia nr 5? Czyli o wycięciu migdałka

Dziś Ninka przeszła zabieg wycięcia trzeciego migdałka.
W związku z pogarszającym się słuchem zdecydowaliśmy się po wizycie u kolejnego lekarza nie stosować półśrodków i podejść do sprawy radykalnie - ale mniej inwazyjnie niż zakładano.
Na razie wycięto jej migdałek a po kontroli lekarz zadecyduje czy i kiedy trzeba będzie zakładać dreny.

Zabieg wykonaliśmy prywatnie na Dolnej Wildzie u dr Stefaniaka.
Oczywiście w noc poprzedzającą niewiele spaliśmy zestresowani. Ale w żaden sposób nie projektowaliśmy tego na Ni. Zresztą od jakiegoś czasu przygotowywaliśmy ją opowiadając się będzie działo, że będzie ją trochę boleć gardło, ale za to będzie mogła jeść lody. Uświadomione dziecko to podstawa - była spokojna i rozumiała sytuację.

Wszystko wygląda na miejscu na sprawnie zaplanowany mechanizm.
Jak w manufakturze.



Ninka wraz z innymi dziećmi umówionymi na tę samą godzinę otrzymała najpierw premedykację czyli potocznie - głupiego jasia.
Zazdroszczę jej tej fazy jaką miała:) Jej radosny rechot i szczebiotanie rozbawiły całą poczekalnię:)
Wyglądała na nieźle zbakaną lub wstawioną...

A potem wołano kolejne dzieci na przebranie w piżamkę i zabieg.

Cała procedura trwała może 5 minut.
Ale kiedy mnie zawołano do niej, widok był rozdzierający.
Salka zapłakanych, oszołomionych i plujących krwią dzieci... Istna mała rzeźnia...To było koszmarne.
Współczułam nastoletniemu chłopcu, z którym nie było rodziców. Było mi bardzo przykro widząc go skulonego na łóżku, samotnego, podczas gdy maluchy tulone i całowane dochodziły do siebie.
Kurcze, kiedy masz naście lat nie przestajesz być dzieckiem swoich rodziców... I w takich chwilach bardzo ich potrzebujesz... Niefajnie...

 Moje rozmyślania przerwała wizyta lekarska. Szybko mogliśmy  zabrać Ni do domu. Całość trwała może 1,5 godziny.

I gdybym miała decydować ponownie, znów wybrałabym zabieg w znieczuleniu miejscowym.

Nina po po powrocie do domu i lekkim ochłonięciu zażądała śniadanka.
I wchłonęła niezłe ilości w siebie przez cały dzień.
Dwie porcje lodów - a jakże.
Pięć kawałków chleba tostowego pokrojonego przez matkę na kształt dinozaura.
Miseczkę zupy z cukinii.
Budyń.
Marchewkę.
Bawiła się, oglądała bajki, rozmawiała ze mną, układała puzzle.
Nie było (odpukać) żadnych skutków ubocznych  - torsji, krwawienia.
A ból  ujarzmiamy paracetamolem, de facto niewiele jak na razie się skarży.

Wierzę, że to była dobra decyzja, mniej agresywna niż operacja pod narkozą i dreny. Oby się bez nich obyło!
Żałuję tylko, że tyle czekaliśmy - od listopada. Gdybyśmy podjęli kroki wcześniej, nie doszłoby do problemów ze słuchem.
Czasem trzeba mocno zaufać współczesnej medycynie...
Płukania zatok nadmaganianem potasu, zakraplanie jodyną na pewno są dobrymi metodami - pytanie tylko czy dla małego dziecka. Przysporzyły jej chyba więcej cierpień i strachu niż ten zabieg...

czwartek, 3 lipca 2014

Niespodziewanka czyli super tajny prezent na czwarte urodziny Ninki. I wegański tort - motyl

Nadeszły...

Czwarte urodziny Ninki.

Jak to możliwe? Czy to banalne pytanie każdego rodzica?

Jeszcze wczoraj dwuipólkilowy okruszek, dziś pannica z charakterem, indywidualistka, mała kobietka.
Istotka z poczuciem humoru, niezależna i stanowcza.
Rozkosznie przytulasta, spontaniczna i wyznająca swoje uczucia.
Jednocześnie nie do końca oswojona, prawdziwy kot mrużący ślepia i chadzający swoimi ścieżkami.
Mieszkanka nas obojga i ... niezależnego charakteru mojej siostry.
Silna i dzielna, niepokorna już w tym wieku -  a jednocześnie tak krucha, delikatna, wrażliwa...

Z okazji urodzin postanowiliśmy przygotować małą niespodziankę.

Wynajmujemy po razy pierwszy mieszkanie, w którym Nina ma swój własny pokój. Ale, jak to przy przeprowadzkach bywa, po przeniesieniu się ustawiliśmy wszystko "aby stało" i rzuciliśmy się w szalone tango codzienności.
Czasu na zrobienie miejsca przytulnym nie było. Proste jasne meble, brak dekoracji, kosze na zabawki.
Brak charakteru.
Zupełnie.

Aż do teraz.

Wsparta urodzinową żywą gotówką od dziadków z obu stron postanowiłam zrobić tym razem nieco inny prezent.
Pomyślałam o Lisie z Dzieci z Bullerbyn, która na urodziny dostała własny pokoik? Pamiętacie?

"Znajdowaliśmy się w pokoju, którego nigdy  przedtem nie widziałam. Przynajmniej zdawało mi się, że nie widziałam go nigdy  przedtem.  (...) Wtedy zrozumiałam, że znajduję się w pokoju babci i że tatuś niósł mnie tak długo, żeby mnie zmylić. 

Babcia mieszkała u nas, gdy byłam mała, ale przed paru laty przeniosła się do cioci Fridy. Od tego czasu w pokoju tym stały krosna mamy  i leżały w nim sterty gałganków, z których robiła chodniki.

Teraz jednak nie było tam ani sień, ani gałganków. 
Teraz pokój był tak piękny, że myślałam, że stało się to chyba za sprawą jakiegoś dobrego trolla. Mama powiedziała, że tak, przychodził tu troll. 

Trollem tym był tatuś, który wyczarował dla mnie ten pokoik. Ma on być zupełnie mój własny, i to jest mój prezent urodzinowy. Ucieszyłam się tak bardzo, że zaczęłam głośno wykrzykiwać, iż jest to najpiękniejszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek dostałam. 

Tatuś powiedział, że mama też pomagała w tych czarach. 

Tatuś wyczarował prześliczne tapety z masą małych, malutkich bukiecików kwiatów, a mamusia firanki na okno. 

Tatuś wieczorami wyczarowywał dla mnie w swoim warsztacie stolarskim komodę i 
okrągły stolik, i półeczkę, i trzy krzesła, i wszystko to pomalował na biało. Mama zaś wyczarowała z gałganków dywaniki w czerwone, żółte, zielone i czarne paski. Widziałam sama, jak tkała je w zimie, ale nie mogłam przecież przypuszczać, że to ja je dostanę.(...)"

I urodziła mi się myśl - chęć zrobienia Ninie takiego właśnie choć symbolicznego prezentu.

Rano przewiązaliśmy jej oczka chustą, ponosiliśmy dla zmyłki po schodach mieszkania i wreszcie znalazła się w swoim pokoju.
Choć troszeczkę odmienionego przez nas w nocy prostymi dekoracjami:)
Jej kącik do spania uczyniliśmy nieco bardziej "dziewczyńskim".



Pojawił się baldachim nad łóżkiem.



I nowa pościel - z księżniczką - a jakże.


I stworzona przeze mnie mięciutka chmurka z jej imieniem, zainspirowana tutorialami z sieci


I dziecięce obrazki nad komodą, nad jej pluszakami, robionymi dla niej od serca przez krewnych i znajomych królika:)
I klosz z Ikei przerobiony przeze mnie na balon podróżnika, także zainspirowany znaleziskami z sieci.



Wszystko to zawiesiliśmy po kryjomu w nocy:)

To nie żadna rewolucja, zaczątek zmian w jej pokoiku, na pewno dorobię jeszcze inne drobiazgi.

Myślę o kulach świetlnych;)

zdjęcie ze strony houseandgarden.co.uk

A na łóżku położyliśmy kolejny prezent - zbiór powiastek Beatrix Potter, w sam raz na smakowite codzienne
dobranocne czytanie. Więcej o nich na doskonałym blogu Zorro.
Czytanie. Bez niego nie może się odbyć żaden wieczór. Przytulone zagłębiamy się w historie. Ostatnio - Pchły Szachrajki, Pan Kuleczki, Wierszy Doroty Gellner, Przygód Nieumiałka i innych. Patrzę na zaciekawioną buźkę, na domaganie się kolejnych historii i wiem, że zasiane ziarno mola książkowego wykiełkowało:)

Do przedszkola przygotowałam zaś wegański tort w kształcie motyla z bitą śmietaną kokosową.

Taki, by inne dzieci z alergiami też mogły go spróbować. Nina dekorowała go ze mną, wyjadając oczywiście z zapałem śmietanę i owoce. Patrzę na nią i widzę siebie, siostrę i wszystkie dzieci od pokoleń wyjadające kremy i polewy prosto z garnuszka:)




Przepis na tort pochodzi z bloga Matki Weganki.
Moja modyfikacja polega na zmniejszeniu ilości cukru - dałam pół szklanki do ciasta, a do masy kokosowej tylko trzy łyżki cukru pudru.

Tort pokroiłam wg wzoru znalezionego na Diy Cozy Home



Efekt?

Ninka była rano oszołomiona, ale po przyjściu z przedszkola pobiegła do pokoiku i zaszyła się pod baldachimem z nowym pluszakiem - księżniczką.
A wieczorem kiedy ją usypiałam powiedziała:
 "Jesteś bardzo kochaną mamusią. Kocham Cię aż do księżyca.
I wiesz co mi się podoba w urodzinach? WSZYSTKO!!!"
I zasnęła:)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Brave Kids czyli dotknięcie innych kultur

W sobotę wybraliśmy się do Puszczykowa na mały koncert w ramach festiwalu Brave Kids. 

W tej urokliwej podpoznańskiej miejscowości odbywa się bardzo fajny międzynarodowy projekt, umożliwiający wzajemne poznanie i integrację dzieci z różnych krajów i  kręgów kulturowych oraz integrację i rozwój poprzez sztukę.

Projekt uwzględnia także to, że dzieci mieszkają u lokalnych polskich rodzin, poznając nasze zwyczaje i kulturę - a rodziny czerpią także z kontaktu z nimi.

W końcowym etapie festiwalu dzieciaki zaprezentują spektakl powstały dzięki wspólnym warsztatom na zasadzie konceptu "dziecko uczy dziecko" - wymiany doświadczeń i umiejętności.

A podczas finału, niestety we Wrocławiu a nie Poznaniu wystąpią na scenie dzieciaki aż z 17 krajów świata, m.in. z Ghany, Ugandy, Zimbabwe, Maroko, Indii, Indonezji, Gruzji, Armenii, Brazylii i Polski.

Bardzo podoba mi się ta spójna idea festiwalu.
Warto to zobaczyć, warto iść tam z dziećmi!

Szczegółowy program tutaj

Na scenie zaprezentowały się:
  • dzieci z Brazylii z pokazem capoeiry i inscenizacją prezentującą jej historię.


  • dzieci z Syberii prezentujące plemienne powitania, tańce i pieśni

  • chłopcy z Maroka prezentujący rytuał przywoływania duchów przodków

  • dzieci z ciekawego pod względem konceptu projektu Ukulele for Peace - jest to zespół, w którym występują dzieci z Izralea i Palestyny, które grając na ukulele i śpiewając przekazują symboliczny znak pokoju i niosą swoją obecnością bardzo ważne przesłanie dorosłym. Dzieci te śpiewały zarówno po hebrajsku jak i arabsku oraz angielsku.


A na koniec wystąpili dorośli z ludowego zespołu Wielkopolanie.




Trzeba przyznać, że nawet jeśli nie lubi się tego typu występów trzeba docenić chociażby imponujące stroje i makijaże artystów  - zwłaszcza piękne stroje łowickie:) oraz oczywiście eksportową urodę tancerek - pokazowo szeroko uśmiechniętych perfekcyjnych Słowianek :P

niedziela, 22 czerwca 2014

Warsztaty fotograficzne Olympus dla blogerek. Olympus E-M10 wymiata!

Dostałam bardzo miłe zaproszenie od marki Olympus na warsztaty fotograficzne dla blogerek parentingowych, które odbyły się w bardzo sympatycznej kawiarence Cafe Bonbon na ul. Masztalarskiej.

Warsztaty prowadziło sympatyczne rodzeństwo - Diana i Rafał, tata Leny i Kuby - dzieci z bardzo znanego bloga słynącego ze ślicznych zdjęć i stylizacji (choć ja nie przepadam za blogami prezentującymi ubranka dzieci, ale nie da się nie docenić jakości tego bloga). Diana i prowadzą własną firmę fotograficzną dr5000 i pozazdrościć im można podróży, doświadczeń, luzu i dystansu.  I oczywiście zdjęć. Zobaczcie koniecznie klimatyczne zimowe makro 
Obecny był także pan Przemek z Olympusa, który odpowiadał za wszystkie kwestie techniczne i był bardzo pomocny:)

Warsztaty przybrały luźną formę a ja byłam pod wielkim wrażeniem organizacji imprezy. 
Wiecie, że moje malkontenctwo z mnie promieniuje, ale nie dziś:)

Marka i organizatorzy spisali się na medal. Przez cały dzień dzieci miały zapewnione animacje oraz kolorowy poczęstunek. Mogły też własnoręcznie przygotować własne lizaki:)
A my nie tylko cieszyłyśmy się chwilą spokoju ale i dobrą kawą i pysznymi ciastami (obłędny sernik z wiśniami;)). I oczywiście słuchałyśmy prezentacji i Diany i Rafała.

Co najważniejsze marka zadbała o dostęp do sprzętu - każda z nas dostała do łapki wybrany aparat oraz kartę pamięci, którą mogłyśmy zachować na własność. Podczas testowania sprzętu mogłyśmy swobodnie zadawać pytania, wymieniać obiektywy. Naprawdę chapeau bas dla organizatorów i prowadzących, oraz bardzo fajnych pań z Cafe Bonbon.









Jeśli chodzi o sam sprzęt, przyznam, że wcześniej nie miałam do czynienia z Olympusem ani nie byłam do niego przekonana specjalnie - standardowo fotografujący dzielą się na Nikoniarzy i Canoników:P
Tymczasem dostałam w ręce najnowocześniejszy  aparat OMD  E-M10 - body z obiektywem stałoogniskowym wartym ok. 4 tys złotych, który nie jest lustrzanką, ale ma tyle zalet, że gdybym teraz kupowała aparat na swoje potrzeby i miała gotówkę do zainwestowania, na pewno bym się zdecydowała na Olympusa - naprawdę zakochałam się w tym sprzęcie przy testach.
Jestem laikiem, który trochę majstruje i kombinuje robiąc zdjęcia i na potrzeby takiej osoby zdecydowanie jest to aż nadto:)

Dlaczego?
  • jest mały i poręczny, pozwala na dyskretne fotografowanie i nie zajmuje całej torby. Idealny sprzęt dla rodziców i podróżujących, zwłaszcza tam, gdzie trzeba uważać na aparat i wielka lufa z pewnością by tylko zaszkodziła
  • miałam do dyspozycji bardzo jasny obiektyw o bardzo szerokiej skali ISO - bez problemów robił zdjęcia w ciemnych zakątkach sali zabaw bez lampy (widać to na focie Niny, jest bardzo zaszumiona, bo zrobiłam zdjęcie na najwyższym ISO)
  • ma dotykowy wyświetlacz LCD- dotykając go palcem w wybranym punkcie od razu robimy zdjęcie z focusem na dowolnym miejscu - idealne do fotografowania uciekających dzieci
  • ma bardzo dużo gotowych opcji dla szybkich a pięknych zdjęć na blogi, kolaży, gotowych efektów - zapewniam, że absolutnie nie są kiczowate
  • jakość zdjęć jest naprawdę świetna a i radość fotografowania duża, obsługa jest przyjazna
  • możliwe jest fotografowanie w trybach tak jak w lustrzance (manual, tryb przesłony, czasu itd)
  • body może się komunikować przez wifi i można zarządzać aparatem ze smartfona
  • można fotografować z wykorzystaniem zewnętrznych lamp błyskowych
  • posiada funkcję kamery cyfrowej
  • zobaczcie zresztą przykładowe zdjęcia wykonane Olympusem właśnie. 
  • aha, możliwe jest kupno tańszej wersji Olympusa i to z dwoma obiektywami za 1800 zł

Słowem, jeśli chcesz robić łatwo, przyjemnie dobrej jakości zdjęcia i dysponować dużymi możliwościami przy zachowaniu funkcjonalności lustrzanki, gorąco polecam wypróbowanie Olympusa.
Jeśli nie fotografujesz profesjonalnie a potrzebujesz super zabawy, wygodnego sprzętu na każdą okazję - to moim skromnym zdaniem świetny wybór.

I nie, nikt mi nie płaci za recenzję:)
Choć nie miałabym nic przeciwko przygarnięciu tego aparatu i zdradzeniu mojego Nikona:))))

sobota, 21 czerwca 2014

Matka daje radę czyli awaryjny strój krakowski DIY dla Niny

Chyba się wyspecjalizuję w awaryjnym przygotowaniu kostiumów dla Niny:)

Kiedyś już musiałam w jedno popołudnie przygotować dla niej strój na balik kiedy przyszła po chorobie do żłobka a info o baliku wisiało sobie smętnie na tablicy ogłoszeń. I na podstawie przeglądu szafy została wtedy piratką


A dziś...
Na dzień przed wielkim występem Niny w Teatrze Muzycznym o kiedy siedziałam w pracy, o 11-tej rano okazało się,  że musimy na tenże występ, na 8 rano przygotować Ninie strój ludowy:)

Prawdopodobnie wiadomość sms z przedszkola o przygotowaniach była wysłana na numer awaryjnego telefonu na kartę pana męża, do którego przepadła nam ładowarka :P  (i dalej się nie znalazła!) Czyli nieco na własne życzenie stanęliśmy w sytuacji kryzysowej:)

Kiedy skończyłam tego dnia pracę, było oczywiście po siedemnastej. Galopem dopadłam na 10 minut przed jej zamknięciem do osiedlowej pasmanterii, pokazując pani sprzedawczyni zdjęcia serdaczka z Googla i efektu jaki chce osiągnąć. Pani  pakując mi zakupy życzyła mi udanego szycia:)

Ponownie wykorzystałam spódniczkę, balleriny i korale jakie nam posłużyły do stroju Fridy Khalo zimą czyli tego: (pomijam mini hejcik jaki mnie spotkał za przebieranie dziecka wg własnych wizji;:)


Teraz bawiąc się recykling pomysłów przygotowałam jej w godzinę strój krakowianki:



Serdaczek zrobiłam z czarnego filcu, który skroiłam na oko i zamiast szycia (bom leniuszek) związałam z boków tasiemkami. Do serdaka przykleiłam klejem do tkanin złote taśmy i kwiaty. Na ramionach przykleiłam kwiaty i wstążki. Dół wycięłam w falbanki-ząbki.
Serdaczek powinien być bardziej dopasowany, ale mierzyłam na oko na Ninie, która właśnie szła spać i musiałam zrobić to szybko:)

Pani wychowawczyni  (myślę, że tylko na pierwszy rzut oka:)) była przekonana, że udało mi się gdzieś na ostatnią chwilę kupić strój i mile mnie skomplementowała za pomysłowość. 
 A Nina na szczęście nie wyróżniała się brakiem stroju wśród dzieci, z których większość miała stroje profesjonalne, z wypożyczalni teatrów takie jak ten niżej.

Bohaterka dnia była  przede wszystkim przeszczęśliwa, zachwycona kokardkami i błyskotkami i tym, że to właśnie mama kleci jej strój - tylko dla niej. Nic nie odda tego uśmiechu od ucha do ucha! 

zdjęcie gotowego stroju zaczerpnięte z serwisu hiperogłoszenia.pl

Oczywiście mojej produkcji awaryjnej nie można porównać do wyszywanych tradycyjnych strojów, ale zaręczam, że z odległości widowni wyglądała dobrze:)
Koszt mojego serdaka to 54 zł (w tym klej do tkanin za 18 zł):P. ( gotowy piękny sklepowy serdaczek potrafi kosztować nawet 260 zł)

A sam występ się oczywiście udał, Nina w ślicznych okolicznościach przyrody tańcowała, śpiewała piosenki o Rydzu, Parasolkach a nawet "Serduszko Puka w Rytmie cza-cza". Jako rodzice byliśmy zachwyceni i wzruszeni, że mają tak dużego przedszkolaka, który występuje już na deskach teatrów:)) Nie da się też nie docenić wkładu pań z przedszkola, które potrafiły całą tę czeredę zorganizować, nauczyć tańców i piosenek i sprawić, by były grzeczne, radosne i nieonieśmielone na scenie.

A już za chwilę wakacje i mój pierwszy od dawna aż trzytygodniowy urlop:)

niedziela, 15 czerwca 2014

Władca przestrzeni czyli marzenie o nowych placach zabaw

W Wysokich Obcasach ukazała się ciekawa rozmowa poznańskiej dziennikarki Natalii Mazur z badaczką Mają Brzozowską (miło czytać tym bardziej dzięki koincydencji - studiowałam w tym samym okresie socjologię na tym samym wydziale co obie panie).

A rozmowa dotyczy współczesnych placów zabaw, ich społecznej roli.

Rozmówczynie wspominają place zabaw ze swojego dzieciństwa. 
Analogiczne wspomnienia mam ja. 
Duży ogród jordanowski, na którym i w leśnej okolicy którego spędzaliśmy całe dnie. W albumie fotograficznym rodziców pierwsze zdjęcia na placu mam już jako niemowlak, a chodziłam na niego z przyjaciółkami jeszcze w końcówce szkoły podstawowej by posiedzieć w zaciszu drzew i obgadać ważne sercowe tematy...
Bliskość lasu sprawiała, że z wykorzystaniem ogródkowych sprzętów oraz przytachanych gałęzi, liści, leśnych jagód mogliśmy bawić się w najróżniejsze zabawy, uruchamiać wyobraźnię. Ławeczki przy krzakach raz bywały domem, raz pocztą, raz sklepem, raz szkołą a raz kryjówką  dla podwórkowych "band" itd. To był niezapomniany czas wczesnych przyjaźni i uruchamiania wyobraźni na wysokich obrotach. Czas bezpieczny - bawiliśmy się do nocy bez rodziców, bez komórek - jak dzikie dzieci.

A jak wyglądają place zabaw dzisiaj?

Mieszkam na Piątkowie, PRL-owskiej dzielnicy paradoksalnie dziś bardzo atrakcyjnej dla młodych małżeństw z dziećmi, z dobrą infrastrukturą, zielonymi przestrzeniami, licznymi placami zabaw. 

Jednocześnie są to jednak place zabaw jakie opisuje Maja Brzozowska - zamknięte w kwadracie ogrodzenia, sztampowe, z kilkoma typowymi sprzętami jak zjeżdżalnia, ścianka do wspinaczki, koniki na sprężynach, huśtawka i piaskownica. Dziecko robi rundę po wszystkich sprzętach i zaczyna kombinować. Albo nudzi się.
Najlepsze zabawy to oczywiście babki z błota, płoty z patyków - wszystko co niestandardowe i nieprzewidziane przez dorosłych.
Starszych dzieci i młodzieży oczywiście nie widać na placu - włóczą się z komórkami i ostatnim hitem - papierosami elektronicznymi. Plac zabaw to oczywiście obciach.

Ja ewidentnie dzieckiem też już nie jestem, więc plac zabaw kojarzy mi się z totalną katorgą nudy. 
Podobnie jak autorka felietonu w eDziecku ani nie lubię i nie umiem integrować się z nieznajomymi, ani nie przepadam za obcymi dziećmi, ani nie umiem się zrelaksować z książką, bo co chwilę Ni woła angażując mnie w swoje pomysły. Także wolę obrać tonę ziemniaków niż usłyszeć: "ja chcę na placyyyk".

A gdyby plac zabaw wyglądał jak opisywane przez Maję Brzozowską, może by było inaczej?

Gdyby udział rodzica nie polegał na milionowym podsiadaniu do drabinki, tylko obserwacji tego, jak dzieci wchodzą w interakcję tworząc własną przestrzeń, budując szałasy, poznając różne faktury, dźwięki, kolory? 
Gdyby i dla niego była przewidziana przestrzeń, a nie twarda ławka w skwarze słońca? Gdyby i rodzic mógł się pohuśtać lub poleżeć na trawie?
Gdyby zostawić dzieciom choć trochę wolności i miejsca na pomysłowość? Gdyby nie zamykać ich w unijnych kwadratach placów z milionem certyfikatów? Dziś te wszystkie prawdziwie atrakcje dzieją się poza placem zabaw, w lesie, na dzikiej wyprawie z panem mężem. 

Nasze pokolenie angażuje się w oddolne inicjatywy lokalne, społecznościowe, w miejski design, w nową kulturę spędzania wolnego czasu, pracy, ogrodnictwa, jedzenia. Być może uda się  rozruszać się ruchom projektantów, rodziców i dzieci, mieszkańców by tworzyć prawdziwie ciekawe place zabaw, atrakcyjne dla każdej grupy wiekowej?

Ot takie rozważania po powrocie z placu zabaw....

A to kilka ciekawych placów zabaw


natural adventure playground little wormwood scrubs case study550 x 455 60 kb jpeg x Images Adventure Playground Equipment