środa, 16 kwietnia 2014

Ateiści ze święconką czyli wielkanocne wyzwania rodzica

(Nie byłabym sobą nie dodając troszkę pieprzu do lukru w tym poście, więc: enjoy the someecards!)

Zdaję sobie sprawę, że co niektórzy mogą się obruszyć.
Poza tym jestem ciekawa Waszej opinii i tego, jak obchodzicie z dziećmi Wielkanoc

W ramach atrakcji związanych z nadchodzącymi świętami wielkanocnymi my - rodzice niewierzący, ale pielęgnujący tradycję rodzinnego świętowania, zamierzamy zabrać nasze dziecko do kościoła.

Nota bene pójdziemy jednego z piękniejszych w Poznaniu, starego i wspaniale położonego kościoła św. Wojciecha, w którym brali ślub kilka lat temu nasi przyjaciele i nas zauroczył. Który to leży obok cmentarza zasłużonych Wielkopolan i Cytadeli. A w którego kryptach spoczywają ciała postaci historycznych - Józefa Wybickiego, Jana Henryka Dąbrowskiego, Ignacego Prądzyńskiego, Feliksa Nowowiejskiego, Karola Marcinkowskiego, Pawła Edmunda Strzeleckiego... (oczywiście mi się włącza zaraz myślenie pt. oczywiście nie ma tam żadnej wybitnej Polki...).U wejścia do krypty widnieje wzruszający mnie cytat z J. H. Dąbrowskiego: ""OJCZYZNĘ KOCHAMY NIE DLATEGO ŻE JEST WIELKA, ALE DLATEGO, ŻE NASZA."

A po co idziemy?

Oczywiście ze święconką.

Aby pokazać dziecku polski folklor.





Wyobrażam sobie, że dla Ni wszystkie te rytuały mogą być niezwykłą atrakcją - malowanie pisanek, pakowanie święconki, wspólna wyprawa z rodzicami, zgromadzenie ludzi, zapach starych murów.

A do tego jakieś magiczne tajemne czary-mary w niezwykłym miejscu, ksiądz jak wróżka machający kropidłem w miejscu, w którym Ni nigdy nie bywa...
Była w kościele będąc malutka i na pewno tego nie pamięta - teraz na pewno staniemy przed wyzwaniem tłumaczenia, co to za tajemnicze miejsce.

Traktuję naszą wyprawę nie tylko jako atrakcję ale i edukacyjnie.

Dziecię powinno wiedzieć, jak tradycyjnie obchodzona jest Wielkanoc, dlaczego ludzie się tak zachowują, spotykają, ucztują.

Nieco trudniej  z tłumaczeniem znaczenia religijnego świąt. Na razie na pewno wystarczy wytłumaczenie, że Wielkanoc to święto,  wielkie przeżycie i symbol dla  pewnych ludzi, dla osób wierzących. I że w różnych krajach i obrządkach obchodzi się to święto inaczej.
Tu otwiera się zresztą pole do tłumaczeń wierzeń - nie tylko chrześcijańskich. Ale wszystko po troszku i z umiarem adekwatnym do zdolności pojmowania małej dziecięcej główki.

A poza tym - cieszy mnie myśl o malowaniu pisanek, ubieraniu stołu, pichceniu z Niną.
Magia świątecznego rytuału rzuca urok i na niewierzących...

Tym bardziej, kiedy w rodzinie jest dziecko, z którym wszystko nabiera sensu i barw na nowo. Wszystko, co cieszy dziecko, ma znów znaczenie i dla mnie. I pisanki, i pieczenie i ozdabianie mazurka i dzielenie się jajkiem i pakowanie prezentów od zajączka do buta i śmigus-dyngus... A jeszcze dorzucę do tego  szukanie czekoladowych jajeczek, zabawy w turlanie i stukanie jajek.

Zresztą a' propos frajdy z dziećmi wczoraj mieliśmy świąteczne warsztaty w przedszkolu, wypełnione pracami ręcznymi i Ninka zrobiła ze mną m.in. "kurę księżniczkę" obsypaną brokatem, co mnie rozbroiło i rozczuliło...


Pamiętam, że w moim, także niewierzącym, domu mama zawsze dbała o takie atrakcje i pewnie dlatego dzisiaj tak przywiązuję wagę do tych rodzinnych tradycji.


(w przerwie czas na mały żarcik dla dorosłych...)

A Wam z tej okazji życzę wspaniałej pogody, rodzinnych i przyjacielskich spotkań, pysznego i zdrowego ucztowania oraz chwili  odpoczynku z bliskimi od codziennych obowiązków!





niedziela, 13 kwietnia 2014

Equestria Girls czyli witaj w krainie koszmaru

Dziecko przyszło do mnie z wiadomością, że chciałoby mieć lalkę, kucyka Pony. Czyli lalkę inspirowaną serialem z serii Equestria Girls.

"Bo Ola ma. I ona ma takie fioletowe kozaki".

Dramat.

Nie znoszę kucyków w jakiejkolwiek postaci, nic nie przekona mnie do tego, że są pozytywne czy inspirujące.
A lalka - marketingowy twór pozwalający dotrzeć do nieco starszej grupy docelowej - jest jeszcze bardziej koszmarny niż wszystkie kucyki razem wzięte z księżniczką Celestią.

Ninka zażyczyła sobie tego tandetnego plastikowego stwora.



Po moim trupie!

Babcia J i mąż również mnie wsparli - nie ma mowy.
Ktoś mi zarzuci, że steruję gustami córki i zabraniam jej samorealizacji. Ok - jego zdanie.
A ja wciąż uważam, że rolą rodzica w tym wieku jest wskazywanie dziecku  pozytywnych wzorów, alternatyw. Także kształtowanie gustu i poczucia estetyki.

A przede wszystkim - rozmawianie z dzieckiem.
Wcale nie uważam, że moje dziecko jest czy będzie nieszczęśliwe bez tego kiczowatego szajsu.

I tak od słowa do słowa pokazałam jej kilka opcji. Od lalek Agatek po miękkie pyzate.

Okazało się, że tak naprawdę chodzi o lalkę - nastolatkę a nie bobaska.

I najlepiej baletnicę.

Bo Ni jest zafascynowana baletem.

Aktualnie jest nieco przeziębiona, więc z mieszaniną rozbawienia i zmartwienia skonstatowałam dziś, że moje dziecko ubrane w legginsy, bluzkę i cienki sweterek zrzuciło cichaczem te szmatki i przywdziało bluzkę na ramiączka i spódniczkę baletową.

A następnie przegalopowało truchtem niczym bodajże Pyza w Pulpecji przez korytarz wyczyniając niestworzone arabeski, piruety i insze demi-plie releve.

Tak, cytaty z Jeżycjady zawsze poprawiają mi humor:

Gabrysia upiekła dla mamy piękny tort czekoladowy, zaś Pyza i Tygrysek przedstawiły cudnej urody laurki dla Gabrysi, wysmarowane plakatówkami na ogromnych kawałach brystolu i dodatkowo oklejone złotymi papierkami. Odczekały tylko, aż dziadzio wróci z pracy, a wszystkie ciocie także znajdą się na miejscu, i wtedy już mogły wystąpić w spektaklu dwuosobowym pod tytułem „Kopciuszek”. Spektakl skondensowany był głównie na wątku przedstawiającym konflikt bohaterki tytułowej z macochą, a gloryfikował wyraźnie postać nieboszczki matki. Cała rodzina - z wyjątkiem Marka, który miał dyżur - usadzona została na różnorodnych krzesłach i taboretach w zielonym pokoju. (Krzesła były numerowane, a tuż przed spektaklem rozdano bilety ze stemplem i perforacją). Przedstawienie trwało pełną godzinę, a kto zasypiał (ojciec Borejko) lub wyrażał zniecierpliwienie (Idą) był naprawdę dotkliwie karcony przez wykonawczynie, które przerywały grę, przedłużając tym samym czas trwania spektaklu. 
Wreszcie jednak Kopciuszek (wielka rola Tygryska) łkając padł na mogiłę matczyną (duża walizka, okryta zieloną krepą) i przy wtórze słodkiej muzyki z magnetofonu doznał wizji kojącej jego ból (Pyza w majtkach i białej przezroczystej firance, biegnąca truchtem w poprzek sceny, w charakterze ducha matki) i przedstawienie dobiegło końca. Przy spokojnym aplauzie ojca mama Borejko i Gabrysia ocierały łzy wzruszenia, Ida - łzy najszczerszego śmiechu, a Natalia euforycznie biła brawo. "


Wracając do Buby.
Próba przebrania jej w normalne ubrania skończyła się kilkunastominutowym płaczem, tłumaczeniem, tuleniem i częściową kapitulacją w postaci spódnicy tutu nałożonej na piżamę...

W związku z tym umówiłyśmy się, że Zajączek pomyśli o lalce baletnicy.
Udało mi się znaleźć lalkę o ruchomych stawach, dzięki czemu możliwe będą baletowe harce; alternatywę dla niniejszej  drogiej Jolline ballerine:



A mianowicie lalkę Natalkę (pomijam nazwę fashion designer...). Której to jako matka kombinatorka uszyję strój baletowy.



Jasne, że najprościej byłoby kupić koszmarka.
Jasne, że można uznać, że powyższa lalka również jest brzydka i fatalna.
Ale póki co, póki mam jeszcze jakiś wpływ - nie dam się kucykom i innym monster high...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Sobota w Palmiarni Poznańskiej. O krwiożerczych motylach i nie tylko.

Dzisiaj post przydatny chyba jedynie Poznaniakom:)
A to dlatego, że będzie to krótka relacja z naszych odwiedzin w poznańskiej Palmiarni w parku Wilsona,

To idealne miejsce na spędzenie czasu z dzieckiem w razie niepogody. Która to nam się zdarzyła w minioną sobotę, pechowo w czasie wizyty dziadka.

Po pierwsze wybierają się do Palmiarni warto mieć trochę czasu.
A to dlatego, że samo miejsce jest bardzo sympatyczne.  A jeśli się rozpogodzi, czeka nas jeszcze świetny spacer po pięknym parku.

A jeśli chodzi o prozę życia - trzeba zaopatrzyć się w przekąski.
I drobniaki:)

A to dlatego, że płatna jest szatnia, płatna jest też toaleta. Monety warto mieć gdzieś zatem na wierzchu, bo szukanie ich z przestępującym z nogi na nogi trzylatkiem nie należy do łatwych wyzwań:)

Dodatkowo przy wejściu znajduje się urządzonko - skarbonka z ciekawym patentem umożliwiającym zabawę z wrzucaniem pieniążka, który długo wiruje zanim wpadnie do środka. Zatem tu też należy przygotować choć grosiki do zabawy.

A największą atrakcją jest możliwość karmienia wielkich ryb - prosto do pyszczków. Pokarm kupujemy w automacie. Należy przygotować się na kilka powrotów do tegoż urządzenia, zapewniam;) Nina po początkowym onieśmieleniu po chwili głaskała ryby i karmiła je prosto do pyszczków.:)

Na miejscu znajdziemy oczywiście kilka sal z roślinami, zwierzakami i temperaturami reprezentującymi różne strefy klimatyczne. Znajduje się tu także sala z akwariami z egzotycznymi gatunkami ryb. Zmęczeni możemy  zaś zalec na jednej z wielu ławeczek lub w kawiarni:) 

W zależności od grafiku wydarzeń możemy trafić także na różne wystawy i wydarzenia, takie jak np. wystawa kotów rasowych, czy tak jak my teraz - np. wystawę żywych motyli. Które to z wdziękiem skubią owoce i siadają na rękawach zwiedzających.:) Ninka wpadła w lekką panikę na widok tychże dzikich motyli. Nie bała się żółwi, ryb, jaszczurek, ptaków - a przeraziły ją właśnie motyle:)

Złożyło się tak, że odwiedziliśmy Palmiarnię zresztą tydzień w tydzień. Ninka miała okazję wtedy uczestniczyć w naprawdę fajnym spotkaniu z Żółwiem Franklinem, zgadywankach i zabawach przygotowanym przez księgarnię Między Słówkami.

Wato więc śledzić wydarzenia w Palmiarni - zwłaszcza, że odbywają się w cenie biletu a maluchy wchodzą bezpłatnie. 

Dojazd jest bardzo atrakcyjny - możemy dojechać czy to do przystanku Park Wilsona, czy też z drugiej strony na przystanek Matejki lub bezpośrednio obok parku autobusem 64. Dlatego Palmiarnia może być mniej czasochłonną a jednak wciąż atrakcyjną alternatywą do wyprawy do nowego ZOO:)

Jedyne do czego mogę mieć lekki zarzut to jakość usługi i obsługi na stoisku, gdzie przycupnęła dość zniechęcona chyba pani oferująca malowanie twarzy i tworzenie zabawek z balonów. Byłam świadkiem, kiedy chłopiec zażyczył sobie lwa - a dostał "niewiadomoco" (zapewne jedną z kilku wyuczonych opcji) udekorowane kilkoma kreskami mazakiem. Chłopiec wziął smętnie balonik i nic nie powiedział, nie uśmiechnął się... Jego mama też nie wyglądała na ukontentowaną.
Ninka zaś zażyczyła sobie malowanie buźki farbkami i wyczarowanie - a jakże - księżniczki. Co skwapliwie zasponsorował dziadek. W cenie 10 zł pani nagryzmoliła jej kilka kolorowych maziajów i coś udającego koronę. Kiedy Ninka ujrzała makijaż w lustrze, podobnie jak chłopczyk nic z siebie nie wykrztusiła, anie nie zareagowała. Nie przypominało to absolutnie niczym rzeczonej księżniczki. Było mi trochę przykro.

Nie cierpię oszukiwania dzieci. One same zresztą nie tolerują erzaców. A ja nie toleruję fuszerki. Także na pewno malowanie twarzy było pewnym rozczarowaniem - zwłaszcza, gdy widzi się lekko oniemiałą czy też rozczarowaną buźkę dziecka.

Spuśćmy na to zasłonę milczenia, może zresztą Pani miała zwyczajnie zły dzień?

A Palmiarnia jest i będzie sympatyczną miejscówką dla całej rodziny.:)











poniedziałek, 31 marca 2014

Shopping w galerii handlowej z dzieckiem czyli jak osiwieć w dwie godziny

Poszłyśmy z Ni do tzw. galerii... handlowej. Na shopping.

Kolejny raz pomyślałam sobie, jak to świetnie mieć córkę. Która to weszła  jak już wspominałam "w fazę dziewczyńską".

Zatem a zakupach wystąpiła w roli mojego doradcy modowego.
Bezpłatnej (prawie) i ochoczo pracującej stylistki.

Podawała mi wybierane przez siebie buty (strącając z półki inne) - muszę przyznać, że całkiem fajne;)



Ściągała z wieszaka dla mnie bluzki robiąc oczywiście bałagan.

Ciągnęła te bluzki do mnie przez kawałek sklepu po podłodze - musiałam oczywiście szybko interweniować.

Gubiła się między półkami i zamiast oglądać stroje, co chwila nawoływałam ją.




Raz się prawie zgubiła naprawdę na 3 sekundy i straszliwie rozpłakała wołając mnie rozpaczliwie. Skutkiem czego kolejne parę minut spędziłam na tuleniu i wyjaśnianiu, co ma robić w takiej sytuacji.

Zgubiła (moją ulubioną) apaszkę, którą ktoś szczęśliwie odwiesił na balustradzie.


Witała się z manekinami dając im "cześć" - a wyobraźcie sobie rząd manekinów w Zarze, jeden za drugim;). Z każdym musiała się przywitać (prawie urywając im dłoń).

Przy okazji domagała się soczku z Barbie, jazdy na karuzeli, loda w wafelku i oczywiście potem siku.

Także czas zakupów równał się oglądanie minus chodzenie po sklepach w zwolnionym tempie minus realizowanie jej potrzeb.



Na końcu stwierdziła, że bolą ją nóżki. Kiedy wzięłam ją na ręce i jęknęłam "Ty klocku mały" stwierdziła: "Kiedyś byłam małym klockiem, teraz jestem dużym klockiem. Nie ma z nami taty, więc musisz sobie jakoś poradzić"...

Tak więc tachałam ją kawałek drogi. Plus siatę z butami i spodniami dla pana męża.

Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy chodzą z dziećmi do galerii handlowej DLA ROZRYWKI :ddddd

A tak generalnie, to Ni jest najsłodsza i najkochańsza i po prostu jest dzieckiem. A one i galeria handlowa to zawsze nieporozumienie. Bo dzieci nie powinny tam chodzić, tylko hasać na podwórku;)


-
Ilustracje z serwisu Nickmom.com

środa, 26 marca 2014

Potęga rytuałów. I o Zadaniakach TuDu

Nie ma to jak własne rytuały.

Codzienne wieczorne kąpiele Ni i rozmowy z nią przy czytaniu książek w łóżku.
Walking Dead na osłodę poniedziałku.
Duży Format w Czwartek.
"Chirurdzy" w piątek.
"Wyborcza" i "Wysokie obcasy" w sobotę. Chałka z miodem na śniadanie i kakao. A wieczorem dobry film z panem mężem. Albo internetowe głupoty i dyskusje o stanie kina polskiego i polskiej blogosfery:P
Pieczenie ciasta z Ni.
Popołudniowe weekendowe wspólne drzemki całej trójki.
I wspólne celebrowane obiady w sobotę i niedzielę.

Ale oprócz przyjemności - milion obowiązków. Codziennych upierdliwości na których mija nam życie.
Drobne polecenia. Kup. Załatw. Odbierz. Przywieź. Zadzwoń. Zorganizuj. Odwołaj. Zamów.
I tak w kółko.

Ale kiedy pojawia się dziecko i zaczyna rosnąć - nagle te uciążliwości okazują się być dla kogoś atrakcyjne. Dla dziecka właśnie.
Nina wykłóca się o to, że chce nam pomagać.
Koniecznie chce sprzątać, odkurzać, ścielić łózko, wynosić naczynia, wkładać brudne sztućce do zmywarki, rozpakowywać zakupy, zdejmować ubrania z suszarki.
Ależ proszę!
Przymykam oczy na ewentualne wpadki, wtopy, rozlania, zniszczenia (próbuję) i pozwalam dziecku uczestniczyć w życiu domowym.

Okazuje się jednak, że wszystko przestaje być piękne, kiedy staje się obowiązkiem.
Obowiązek poskładania zabawek po zabawie jest do d...
Pójście się umyć po najlepszej zabawie - tragedią.

I tak dalej.

Trzeba coś z tym zrobić, żeby znów zadania stałe się atrakcyjne.
To musi być zabawa.

Na przykład w wyścigi - kto pierwszy pobiegnie do łazienki.
Albo konkurs z nagrodami - kto szybciej złoży swoją kupkę zabawek, ten wybiera bajkę na dobranoc.

I tak dalej.

Fajny patent na takie właśnie zadania wymyśliła marka Flying Ideas, która zwróciła się do mnie z zaproszeniem do przetestowania Zadaniaków TuDu.

Idealnie - pomyślałam - wpisuje się w okres rozwojowy Niny. I nasz poprzeprowadzkowy chaos.
Testujemy więc (dla jawności: otrzymałam bezpłatnie jedno opakowanie na własność).

I w paru słowach o tym produkcie.

Jest to magnetyczny organizer dla rodziny - firma przewidziała tabliczki na zadania dla 5 jej członków.
W zestawie znajdują się magnetyczne tabliczki z dniami tygodnia, ponad 100 piktogramów oznaczających różne czynności domowe z szansą na stworzenie własnych, pisak suchościeralny oraz ładne i bardzo sympatyczne dodatkowe magnetyczne portrety członków rodziny.

Takie tabliczki i zadania można przyczepić na lodówkę czy też na tablicę magnetyczną, podpisać imionami - i zacząć się organizować.:)

Organizer jest bardzo estetycznie, przyjaźnie wykonany, jest także trwały a samo pudełko z przegródkami - praktyczne i nie zajmuje dużo miejsca.

Piktogramy można umieścić jeden nad drugim w zależności od kolejności wykonywania zadań.
Dodatkowo dzięki suchościeralnemu pisakowi można dodawać własne notatki i komentarze i oczywiście podpisać imiona całej rodziny w górnej części (chociaż ja przykleiłam magnesy z wizerunkami j rodziny, ponieważ Ninka jeszcze nie czyta.)

Od siebie -  na pewno zwiększyłabym różnorodność magnesików, ale ich ilość jest na pewno wystarczająca. Mogą służyć także np. jako loteryjka do zabawy na stole:)

Na pewno przyczepianie magnesów to dla dziecka fajna zabawa i  możliwość stworzenia punktu wyjścia do rozmowy o obowiązkach, o zadaniach członków rodziny, o dniach tygodnia i rytmie życia rodziny.
Moim zdaniem to bardzo fajny przedmiot na prezent dla rodziny z dziećmi a także domowy gadżet, edukacyjny a jednocześnie przypominacz o obowiązkach w kuchni - centrum życia całej rodziny, gdzie zbiegają się jej ścieżki.

Nam sprawił frajdę, choć Nina, jak to dziecko, nie zawsze wykorzystuje go zgodnie z celem. Po prostu podobają się jej magnetyczne kwadraciki i portrety członków rodziny - są ładnie narysowane;)

I to też jest plus.
Bo dziecko zajmuje się 5 minut same sobą.
Alleluja!


UWAGA!
Na hasło: Dzięki uprzejmości pani Barbary z Flying Ideas na hasło kiddie-and-more.blogspot.com zamawiając Zadaniaki mailowo pod adresem  flyingideas.info@gmail.com otrzymacie 5% zniżki:)

P.S Pani Basia podpowiedziała, że dzięki jockerom czyli czystym magnesikom można stworzyć swoje własne ikonki z zadaniami.






czwartek, 13 marca 2014

Jak przerazić dziecko czyli o fantazji rodzica i klątwie klasycznych baśni

Rodzicu, uważaj na swoje żarty:)
Bo potem uspokajanie dziecka po nich może zająć dłuższą chwilę...

Po wesołej kąpieli (w czasie której dziecko nie omieszkało bawić się w Szeryfa zamykającego niegrzeczne zwierzątka za kratami więzienia zrobionego z butelek kosmetyków) wyciągam Ni i owijam w ręcznik.
"Zaraz Cię zjem z miłości!" - rzucam.
Nina z zachwytem zgadza się: "Taak! Bo ja jestem taką parówecką w naleśniku! Z  kecupem!"
Zaczynam ją "zjadać" obcałowując i rzucam: "Chyba Cię naprawdę zjem!"
Niny oczy robią się okrągłe: "NAPRAWDĘ??? TAK 'NA PRAWDZIWO'????"
Ja, nie przeczuwając niebezpieczeństwa, groźnym głosem zdobywając się na wyżyny aktorskiego talentu: "Taaak! Naprawdę! Będę zjadać po kawałeczku, zacznę od tych pysznych chrupiących paluszków!"




I nagle rozlega się ryk przerażenia.

Dziecko wpada w histerię i zawodzi przerażone
Łzy chlupią na podłogę.
"UUUUUUUUUUUUUUUUU, nie zjadaj mnie! Ja nie chcę!Uuuuuuuu"

Natychmiast rzucam się ratować Ni. Obcałowuję, przepraszam, tłumaczę, że nigdy bym nie jej nie skrzywdziła itp., itd. (jednocześnie tłumiąc rozczulony uśmiech...)
Strasznie długo trwa jej uspokajanie.

O rany.
Dziecko wzięło mnie za kanibala.:)))

Od zawsze mówiłam, że czytanie klasyki w stylu Czerwonego Kapturka czy Jasia i Małgosi jest szkodliwe dla spokoju małego dziecka.
A słyszałam, że dziecięciu czytano te baśnie w przedszkolu.
Od tej pory dziecię przeżywa mroczną i pełną bojaźni fascynację wilkami.
Jak również, jak widać, obawia się kanibali  w postaci własnej matki (bo przecież może nagle zrzucić kostium i kazać się wilkiem, czyż nie?) :)

Stanowczo tupię nogą.
Pełne grozy baśnie braci Grimm/Andersena nie są adekwatną lekturą dla wrażliwych trzy-czterolatków!

poniedziałek, 10 marca 2014

Różowy atak bajkowych bohaterów

Odkąd dziecko zaczęło chodzić do przedszkola, nagle zaczęło przejawiać nieuzasadnioną miłość do wszelkiej maści księżniczek i bohaterów bajek.

Jest to także niewątpliwie efekt włączania jej czasem "na odczepnego" bajek. Tak tak, jako podli rodzice posługiwaliśmy się TV w niedzielne poranki chcąc złapać jeszcze pół godziny snu...

Dziecko nawet podsunęło się do tego, że któregoś dnia przyniosło z przedszkola plecak.
Nie byle jaki, plecak z Barbie. Full wypas, nówka sztuka nieśmigana.
Nigdy jej takowego nie kupiliśmy.
Dziecko stwierdziło, że jest to plecak otrzymany od Dziadka L.
I szło w zaparte.
Dziadek L.  nie przyznał się do owego zakupu. Owszem kupił jej ongiś plecak, ale no-name. Również różowy... Ale bez rzeczonej bohaterki.

Dziecko przyciśnięte do muru przyznało, że to plecak koleżanki z przedszkola, Julki, która aktualnie jest chora.
Oddaliśmy.

Wczoraj wybrałam się z nią na chwilę do galerii handlowej do Empiku.
Dziecko wpadło w amok.
MAMUSIU BARBIE!
MAMUSIU HELLO KITTY!
MAMUSIU KUCYKI PONY, ONE SĄ GŁUPIE, PRAWDA?
itd itd.



Kiedy kupowałam jej bańki mydlane, spośród możliwych wariantów oczywiście wybrała wariant z BARBIE.

Zażyczyła sobie także KOSTIUMU KĄPIELOWEGO Z TRUSKAWKOWYM CIASTKIEM.

Bo "kiedy pojedzie na długie wakacje, chce się kąpać w kostiumie w morzu".
No, ja też bym chciała. Raczej nie w kostiumie z Barbie...

Dziecko przyszło także niedawno z przedszkola rycząc na mnie dzikim głosem, że jestm Batmanem, a potem Ninja. I stwierdziło, że "Batman lubi Adasia, bo Adaś ma go w domu". Świetnie.

To było pokłosie baliku, gdzie dzieci wystąpiły w kostiumach (Ninka dała się przekonać i jako jedyna wystąpiła w hand-made kostiumie jako Frida Kahlo).
Dziecię nie widziało zatem wielu bohaterów bajek, ale dzięki przedszkolnej socjalizacji zdążyli oni już zamieszkać jej wyobraźnię.

Na własne oczy przekonuję się o niezwykłej podatności maluchów na marketing...
Nina wie, że Kucyki Pony są durne (jak i ich polska nazwa.), ale nie przeszkadza to pałać jej skrytym uwielbieniem do nich.

Na szczęście (?) po przeprowadzce nie mamy telewizora i koniec z bajkami.
Chociaż są minusy - pobudka o siódmej rano w niedzielę i milion pytań na raz.
Nie da się teraz odesłać dziecka do TV.

Czyżby ogłupione dziecko a Twój sen - wybór należy do Ciebie?...

P.S Szykuję się chyba post o Barbie, bo to jest socjologicznie bardzo ciekawy temat...