wtorek, 19 sierpnia 2014

Okruszki poezji z tortu życia

Robin Williams nie żyje.
Ten który mnie chwytał za gardło za czasów durnych i chmurnych rolą Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Rolą, dzięki której poezja swego czasu była modna.
Kapitanie, mój kapitanie...
Dzięki.



Bohater Williamsa zachęcał do patrzenia na sprawy z innej perspektywy.

Staram się znaleźć w codzienności poetyckie okruszki  - momenty małych radości, dobrych smaków, zaskakujących widoków,  śmiechu.

To działa idealnie pionizująco na moją melancholijną naturę.

Tęcza wśród deszczu.
Robienie przetworów z Niną
Jej szalony rysunek.
Pyszne śniadanie z ostatnich owoców lata.
Jazzowa piosenka przewodnia przy pracy.
Przeczytany fragment książki.
Wyłuskane 40 minut na seans serialu z panem mężem.
Łapię to.

A ostatnio uwieczniam - na Instagramie.


Trzeba oddychać. Nie bać się. Uśmiechnąć.
 
zgłębij marzenia
bo slogan cię pożre inaczej
(drzewa są własnymi korzeniami
a wiatr jest wiatrem)
sercu zaufaj
gdy morza ogień ogarnie
(i żyj miłością
choć gwiazdy pędzą wspak)
czcij przeszłość
lecz przyszłość z radością przyjmij
(do tańca z własną śmiercią pójdź
na waszym weselu)
nie przejmuj się światem
jego łotrami i bohaterami
(bo bóg kocha dziewczyny
i ziemię i dzień jutrzejszy)

e.e cummings

post signature

niedziela, 17 sierpnia 2014

Kołobrzeg prawie po sezonie. Duużo zdjęć

Długi weekend spędziliśmy w "pięknych okolicznościach przyrody" w nadmorskich rejonach.

Miałam wizję Kołobrzegu jako spokojnej, cichej miejscowości, urokliwego kurortu.

O ja naiwna:)

Dobrze, że nocleg wykupiliśmy w cichej i spokojnej agroturystyce "daleko od szosy", gdzie odcięci od internetów rozegraliśmy wieczorem rozkoszną partyjkę Monopoly.

W zderzeniu z kołobrzeskim tłumem postanowiliśmy się poszwędać, starając się unikać deptaków i innych miejsc zatłoczonych przez wczasowiczów. Mieliśmy plan przejścia się razem trasą fortyfikacji, ale rzeczywistość zweryfikowała nasze plany i wylądowałam z Ni na placu zabaw i podobno największej w Polsce wystawie budowli z klocków Lego:)

Kiedy pan mąż wyrwał się samotnie na mały spacer trasą historyczną, my zadekowałyśmy się w uroczej czekoladziarni Czarna Mamba, którą bardzo polecamy. To był prawdziwy azyl. W małej piwniczce, wśród sączących się dźwięków Billie Holiday pożarłyśmy gigantyczne porcje lodów zapijając przepyszną gorącą czekoladą...

Wracając do wczasowiczów.
Wczasowicze nad morzem to stonka.
Koniecznie trzeba podkreślić - wczasowicze, nie turyści.
Turyści zwiedzają lub przynajmniej udają. Wczasowicze - snują się jak obłe meduzy bezrefleksyjnie niesione prądem.
To stonka ukierunkowana na usilne pragnienie odpoczywania.
Tak bardzo chcą wypoczywać, że ten upragniony relaks doprowadza ich do białej gorączki.
Widzę miks obłędu i marazmu w oku, te wrzaski na dzieci i otumanione chaosem dzieci  Widzę dziki tłum przeciskający się, krążący, szukający prostych atrakcji.
I ryby.
Smażonej ryby, kwintesencji nadmorskiego pobytu.
Do ryby zawsze są kolejki...
Przy rybie są też dyskusje o cenach, o drożyźnie, o innych wczasowiczach. "Halina, Halina, zajmij kolejkę!", "Mariusz!!!! Pani już kończy, siadaj tutaj!!", "Natan, mówiłam ci, jak się nie uspokoisz nie pójdziesz na dyskotekę!!"

Stonka robi też zakupy. Wydaje pieniądze na durnostojki z Chin, pamiątki z Kołobrzegu. Tańczące pieski, kolorowe gluty, maski Hitlera. I chemiczne lody.
Mam wrażenie, że podczas tej wizyty zostałam zalana tandetą i klasycznym polactwem, które skutecznie wyleczyło mnie z chęci powrotu do takiego miejsca.

Przynajmniej w sezonie.
Chociaż to właściwie koniec sezonu.

Pogoda była iście niewyjściowa.
Nina zachwycona grzebała w piasku na plaży a ja jak muzułmanka zawinęłam się w chustę i przeszłam w formę przetrwalnikową.

Paradoksalnie ta pogoda była chyba najciekawsza i pozwoliła na kilka ciekawych zdjęć.

W pełnym słońcu smutek urokliwego Kołobrzegu pożartego przez żarłoczne tsunami klasycznego wczasowicza byłby nie do zniesienia...





środa, 13 sierpnia 2014

Legomania i queerowy statek piracki:D

Ostatnio przeczytałam w Wysokich Obcasach wywiad z socjolog rodziny, Anną Gizą - Poleszczuk na temat macierzyństwa i dzieciństwa dzisiaj.

Pojawia się w nim kilka trafnych spostrzeżeń na temat zmian w rodzinie na przeciągu ostatnich 20-30 lat.
A także wspomnienie dotyczące klocków lego. Niegdyś otrzymywane w paczkach przez dzieci, kupowane za ciężkie pieniądze  w Pewexach były szanowane, wychuchane. Każdy malutki komplecik był traktowany z pietyzmem, każdy kwiatuszek czy klocuszek odkładany na miejsce.
I faktycznie - u mnie w domu było podobnie a radość z naszych mini zasobów klockowych wielka.

mała dygresja:)

Swoją drogę to fajne uczucie, kiedy na studiach czytasz czyjeś teksty akademickie na kserówkach, kojarzysz anonimowego naukowca  z nazwiska - a po latach poznajesz jego twarz, wątki z jego biografii. I fajnie jest odkrywać konkretne ślady socjologicznej interpretacji i komentarza w mediach.:)

koniec dygresji:)

Nina do tej pory nie miała klocków lego ani legopodobnych.
Nie przejawiała zainteresowania większymi klockami  i nie podsuwaliśmy jej ich zbyt często.

Jakże się myliliśmy!
Na koniec roku w przedszkolu usłyszeliśmy, że bardzo często bawi się nimi.
I przekonaliśmy się o tym w czasie wakacji.

Bo Ninka wreszcie dorosła do klocków.

Babcia na Mazurach podsunęła Nince zachomikowane w szafie misiowe zielone pudełko mojej siostry.
Pudełko z klockami Lego.. Sprzed około 20-23 lat...
Pudełko małe - bo takie to były czasy, jakie opisuje Anna Giza-Poleszczuk - gdzie Lego było bardzo drogie, zdobyczne i traktowane z szacunkiem. Każdy kwiatuszek i każdy klocuszek był szanowany.
Zawierało bodajże 3 nieduże kompleciki klocków, z których tworzyłyśmy z P. dziesiątki wariantów.



niedziela, 10 sierpnia 2014

Leniwa niedziela: Targ Śniadaniowy i Brama Poznania [dużo zdjęć]

Niedzielny letni poranek.

Park Sołacki.

Jest ciepło, ale jeszcze nie gorąco.
Delikatny wiatr przeczesuje gałęzie starych drzew. Światło sączy się leniwie przez  liście. Zieleń wydaje się być skąpana w mlecznej poświacie.



środa, 6 sierpnia 2014

Ochocze kastrowanie i radosne piłowanie skrzydeł

Ale się rozeźliłam.

Poszliśmy na plac zabaw. (what, again???)
A tam oczom mym objawiła się żwawa pani,  młoda jeszcze babcia, z około dwuipółletnim wnuczkiem.

Która to ochoczo zajmowała się jego kastrowaniem.
I podcinaniem mu skrzydeł z uśmiechem godnym Haniballa Lectera.

Symbolicznie rzecz jasna.



Mały Dom Kultury: zakamarkowe warszaty dla dzieci

Dopiero wróciliśmy z wakacji a ja już rzuciłam się do sieci w poszukiwaniu ciekawych wydarzeń dla rodziny, by przedłużyć smak urlopowych atrakcji.

Rzutem na taśmę udało mi się dostać z Ninką na bezpłatne sobotnie i niedzielne warsztaty dla dzieci organizowane przez Fundację Mały Dom Kultury na ul. Zamkowej.

Organizowane są przez kulturoznawców i tym razem toczyły się wokół zakamarkowych książek: o Pomelo oraz książki pt. "Kret sam na scenie", poruszającej temat dziecięcej tremy.

Pomelo już kiedyś czytałam Ni, ale chyba była jeszcze za malutka. A dziś, po przetrawieniu książek w domu, zadaje czasem zaskakujące pytania.
Czyli wszystko tam sobie kiełkuje w malutkiej główce i pączkuje myślami:)

Zajęcia MDK odbywają się w prostym wnętrzu w starej kamienicy przy samym Starym Rynku, a do sali wchodzi się pięknie odrestaurowaną klatką schodową.

Przed zajęciami dzieci mogły siedząc na miękkich poduchach rysować na wielkiej płachcie kredkami olejnymi. Następnego dnia od razu zakupiłam takie Ni zachwycona barwnym motylem, jakiego stworzyła.
Prawdę mówiąc miałam sama ochotę narysować na tej płachcie gigantyczną super-dzielną księżniczkę - wojowniczkę:))

Być może to nadużycie, ale wydaje mi się, że na takie zajęcia chodzą ludzie ze specyficznym podejściem do życia i rodzicielstwa. Widać to w relacji dzieci i rodziców, w sposobie zwracania się do nich, w ogólnym klimacie.
To jest klimat w jakim chcę przebywać i udzielać go Nince - uważności, wrażliwości na słowo pisane, luzu i miejsca na spontaniczność dzieci i ich emocje. Nawet na płacz frustracji, wycofanie i nieśmiałość. Nie ma pressingu i ścigania się, tylko naturalne bycie ze sobą.

Na zajęciach angażowane były nie tylko dzieci, ale i rodzice.
Słuchaliśmy czytanej książki, tworzyliśmy różnymi technikami gigantyczny plakat oraz kostiumy dla dzieci. Dzieci wystąpiły w mini pokazie tych kostiumów oraz mini koncercie.




wtorek, 5 sierpnia 2014

I po urlopie. Podsumowanie mazurskich, podlaskich i toruńskich szlaków. I duuużo zdjęć

Wczoraj wieczorem wjechaliśmy do Poznania zamykając nasze polskie dalsze wojaże.

Miasto wydało mi się od razu zapyziałe, prowincjonalne, leniwe...
A to nie tyle w kontraście z barwnymi Mazurami ale przede wszystkim Toruniem, o jaki na dwa dni zahaczyliśmy.

Co udało nam się w tym roku zobaczyć?

Nie wszystko zgodnie z planem.

Nie udało się wbrew planom pojechać do Wilna, ani dotrzeć do rejonów Kruszynian i Bohonik zamieszkiwanych przez polskich Tatarów. Pokonały nas upały i malutki samochód bez klimatyzacji:)

Nasze wakacje po zainstalowaniu się u moich gościnnych rodziców na Mazurach oparliśmy głównie o punkty związane z historią militarną, ale nie tylko.

Wyprawiliśmy się:
  • do malowniczego niczym sceneria Shire z planu Władcy Pierścieni skansenu kurpiowskiego w Nowogrodzie. Położyłam się na trawie wśród drewnianych chałup, młynów, z widokiem na leniwą Narew i z szumem liści nad głową i poczułam, że życie bywa piękne:)))