poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Sobota w Palmiarni Poznańskiej. O krwiożerczych motylach i nie tylko.

Dzisiaj post przydatny chyba jedynie Poznaniakom:)
A to dlatego, że będzie to krótka relacja z naszych odwiedzin w poznańskiej Palmiarni w parku Wilsona,

To idealne miejsce na spędzenie czasu z dzieckiem w razie niepogody. Która to nam się zdarzyła w minioną sobotę, pechowo w czasie wizyty dziadka.

Po pierwsze wybierają się do Palmiarni warto mieć trochę czasu.
A to dlatego, że samo miejsce jest bardzo sympatyczne.  A jeśli się rozpogodzi, czeka nas jeszcze świetny spacer po pięknym parku.

A jeśli chodzi o prozę życia - trzeba zaopatrzyć się w przekąski.
I drobniaki:)

A to dlatego, że płatna jest szatnia, płatna jest też toaleta. Monety warto mieć gdzieś zatem na wierzchu, bo szukanie ich z przestępującym z nogi na nogi trzylatkiem nie należy do łatwych wyzwań:)

Dodatkowo przy wejściu znajduje się urządzonko - skarbonka z ciekawym patentem umożliwiającym zabawę z wrzucaniem pieniążka, który długo wiruje zanim wpadnie do środka. Zatem tu też należy przygotować choć grosiki do zabawy.

A największą atrakcją jest możliwość karmienia wielkich ryb - prosto do pyszczków. Pokarm kupujemy w automacie. Należy przygotować się na kilka powrotów do tegoż urządzenia, zapewniam;) Nina po początkowym onieśmieleniu po chwili głaskała ryby i karmiła je prosto do pyszczków.:)

Na miejscu znajdziemy oczywiście kilka sal z roślinami, zwierzakami i temperaturami reprezentującymi różne strefy klimatyczne. Znajduje się tu także sala z akwariami z egzotycznymi gatunkami ryb. Zmęczeni możemy  zaś zalec na jednej z wielu ławeczek lub w kawiarni:) 

W zależności od grafiku wydarzeń możemy trafić także na różne wystawy i wydarzenia, takie jak np. wystawa kotów rasowych, czy tak jak my teraz - np. wystawę żywych motyli. Które to z wdziękiem skubią owoce i siadają na rękawach zwiedzających.:) Ninka wpadła w lekką panikę na widok tychże dzikich motyli. Nie bała się żółwi, ryb, jaszczurek, ptaków - a przeraziły ją właśnie motyle:)

Złożyło się tak, że odwiedziliśmy Palmiarnię zresztą tydzień w tydzień. Ninka miała okazję wtedy uczestniczyć w naprawdę fajnym spotkaniu z Żółwiem Franklinem, zgadywankach i zabawach przygotowanym przez księgarnię Między Słówkami.

Wato więc śledzić wydarzenia w Palmiarni - zwłaszcza, że odbywają się w cenie biletu a maluchy wchodzą bezpłatnie. 

Dojazd jest bardzo atrakcyjny - możemy dojechać czy to do przystanku Park Wilsona, czy też z drugiej strony na przystanek Matejki lub bezpośrednio obok parku autobusem 64. Dlatego Palmiarnia może być mniej czasochłonną a jednak wciąż atrakcyjną alternatywą do wyprawy do nowego ZOO:)

Jedyne do czego mogę mieć lekki zarzut to jakość usługi i obsługi na stoisku, gdzie przycupnęła dość zniechęcona chyba pani oferująca malowanie twarzy i tworzenie zabawek z balonów. Byłam świadkiem, kiedy chłopiec zażyczył sobie lwa - a dostał "niewiadomoco" (zapewne jedną z kilku wyuczonych opcji) udekorowane kilkoma kreskami mazakiem. Chłopiec wziął smętnie balonik i nic nie powiedział, nie uśmiechnął się... Jego mama też nie wyglądała na ukontentowaną.
Ninka zaś zażyczyła sobie malowanie buźki farbkami i wyczarowanie - a jakże - księżniczki. Co skwapliwie zasponsorował dziadek. W cenie 10 zł pani nagryzmoliła jej kilka kolorowych maziajów i coś udającego koronę. Kiedy Ninka ujrzała makijaż w lustrze, podobnie jak chłopczyk nic z siebie nie wykrztusiła, anie nie zareagowała. Nie przypominało to absolutnie niczym rzeczonej księżniczki. Było mi trochę przykro.

Nie cierpię oszukiwania dzieci. One same zresztą nie tolerują erzaców. A ja nie toleruję fuszerki. Także na pewno malowanie twarzy było pewnym rozczarowaniem - zwłaszcza, gdy widzi się lekko oniemiałą czy też rozczarowaną buźkę dziecka.

Spuśćmy na to zasłonę milczenia, może zresztą Pani miała zwyczajnie zły dzień?

A Palmiarnia jest i będzie sympatyczną miejscówką dla całej rodziny.:)











1 komentarz: