środa, 10 kwietnia 2013

Toddlers and tiaras czyli jak być seksowną dwulatką...

W serwisie branżowym Marketing przy kawie przeczytałam artykuł o seksualizacji dziewcząt w mediach.

Na stronie artykułu osadzono filmik z You Tube - fragment odcinka docu soap Toddlers and Tiaras   portretującego zjawisko konkursów piękności dla dziewczynek tzw. pageant shows.

Obejrzałam cały odcinek.

Kiedyś widziałam film dokumentalny o brytyjskich uczestniczkach konkursów, czytałam o królowej konkursów Eden Wood. Oglądałam nawet pogodny film Little Miss Sunshine prezentujący konkursy i ich uczestników ciepło, acz w krzywym zwierciadle.

Byłam przygotowana na to, co zobaczę. Ale jednak oglądanie bolało...

To taki rodzaj perwersyjnego zaciekawienia - oglądasz coś, co autentycznie zniesmacza i szokuje, ale nie możesz się oderwać...

Najpierw widzisz otoczkę.

Opalanie natryskowe dla dwulatki.
Sztuczne rzęsy.
I sztuczne paznokcie.
Bikini i obcasy.
Cupcake dress - bezowata sukienka.
Treski.
Nakładki na zęby maskujące szczerbate uzębienie.
Lalkowaty, plastikowy makijaż.
Sztuczne miny i ruchy. Wyuczone gesty.
Klej w sprayu przyklejający strój kąpielowy do ciałka by nie spadł.
Prostownice i falownice.
Hektolitry kosmetyków.
Brokat.

I ludzi.

Ćwiczone, sztuczne, rozpieszczone, zmęczone dzieci. Zwichniętą procederem psychikę dziewczynek.



Niepokojące jury. Kto zdrowy psychicznie i bez zwichnięć może oglądać to show i przyznawać tresowanym dzieciom punkty?

I matki - motor wszystkich wydarzeń.
Bardzo często obiektywnie nieatrakcyjne fizycznie, w pewien sposób upośledzone społecznie i niespełnione, chorobliwie ambitne i totalnie zdesperowane.

Udział w konkursie to oficjalnie koszt około 5-80 dolarów wpisowego. Ale to także niezliczone koszty sięgające tysięcy dolarów związane z przygotowaniem małej modelki czasem wpędzające rodzinę w straszliwe długi. Najczęściej ponoszone właśnie przez niezamożne rodziny wiążące z konkursami wielkie nadzieje. To także nieliczone koszty psychiczne i społeczne, emocjonalne...

A nagrody - często są nieznaczące - to zazwyczaj kiczowata tiara, 200 dolarów i szarfa lub tandetna statuetka. W oczach matek mają gigantyczną wartość...
Często nagrody są jednak już poważniejsze, rzędu kilku tysięcy dolarów. W grę wchodzi wtedy ostra rywalizacja i inwestycje. W oglądanym przeze mnie odcinku zakochany w córce ojciec relacjonował przez krótkofalówkę swoje czynione ukradkiem obserwacje innych uczestniczek.

Rywalizacja - no właśnie...

Te konkursy to kwintesencja amerykańskiego stylu bycia, mitu self-made mana. Rywalizuj, ciężko pracuj, trenuj i walcz, pokazuj się z najlepszej strony, bądź pewna siebie, nagrodę zdobywają tylko najlepsi.

Przekazują wartości przygotowujące do życia i uczące walki o sukces i wybicie się ponad przeciętność już od najmłodszych lat,

Dodatkowo wpajają jasne zasady - bądź atrakcyjna i seksowna, uśmiechaj się, według tego jesteś oceniana.

Całe to zjawisko jest ciekawe socjologicznie i odstręczające.
Zastanawia mnie totalnie zaburzona relacja matek i córek biorących udział w tych konkursach i długofalowe ich konsekwencje - aczkolwiek podobno w badaniach porównawczych nie potwierdzono realnego wpływu udziału w konkursach na rozwijanie się zaburzeń odżywiania, depresji itd. (badanie obejmowało 11 byłych uczestniczek konkursów i grupę kontrolną).

Jednocześnie nie wątpię, że miałyby one szansę spopularyzować się w Polsce w pewnych kręgach.
Popularność talent show i tabloidów nie zgaśnie. A społeczeństwo ubożeje... Każda metoda, dzięki której można zaistnieć, zabłyszczeć, pojawić się na okładce, zdobyć pieniądze jest warta rozważenia...

Co ważne, konkursy piękności dla dziewczynek kojarzą mi się z czymś bardzo mrocznym i niepokojącym. Z czymś, co wyzwala i przyciąga to co niebezpieczne. Nie bez powodu.

Natknęłam się  na wiadomości o niewyjaśnionym do dziś za sprzed lat sześcioletniej gwiazdki konkursów JonBenet Ramsey, którą znaleziono martwą i skatowaną w piwnicy jej domu...
Ojciec JonBenet w tym roku skrytykował proceder pokazany w Toddlers and Tiaras jako dziwaczny i niebezpieczny.
Dziewczynkę po śmieci ochrzczono medialną etykietką Little Miss Sunshine.
Sprawa jej zabójstwa została po latach otwarta, w śledztwie znów podejrzewa się rodzinę dziewczynki...

7 komentarzy:

  1. A widziałaś Honey Boo Boo? Jedna z dziewczynek biorących udział w tego typu programie dostała własny program z rodziną. Coś w stylu Kardiashanów. Ja nie mogłam tego oglądać dłużej niż 5 minut...Może to jest też motorem napędowym: pokaż się od najgorszej strony, zyskasz popularność.

    OdpowiedzUsuń
  2. dramat. nie oglądam i nie będę. Popieprzyło się nam w głowach jeśli uważamy ,że to jest normalne i że ma sens:/

    OdpowiedzUsuń
  3. trojaczkowa_mamusia10 kwietnia 2013 16:29

    ja nawet nie uznaje malowania paznokci przez male dziewczynki, a juz kolczyki w uszach dziewczynki mlodszej niz... 6-7 lat to dla mnie w ogole niedopuszczalne. Nie wspominajac o tym wszysystkim co powyzej napisane...

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się - ja nie akceptuję ingerencji estetycznej w ciało dziecka (poza strzyżeniem, upinaniem włosów i pielęgnacyjnym obcinaniem paznokci oraz higieną skóry). Czyli odpada malowanie paznokci, malowanie i kolczyki w każdym wieku - dopóki same dziecko o tym nie zdecyduje, ale będąc świadomym tego. Czyli mając nie kilka a naście lat. Takie jest moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  5. W pale się nie mieści...

    OdpowiedzUsuń
  6. przerażają mnie takie rzeczy, sytuacje, zdarzenia

    OdpowiedzUsuń