Zapoznając się z rożnymi nowymi kampaniami natrafiłam na tę oto kampanię społeczną - No mother's day
To kampania skierowana do kobiet, matek, zachecająca do przyłączenia się do niemego wyrażenia poparcia i solidarności z kobietami, które każdego roku umierają w trakcie ciąży lub komplikacji spowodowanych porodem.
W krótkim spocie nawołującym nas - kobiety ery social media do symbolicznego zniknięcia w Dniu Matki (w USA 13 maja) dowiadujemy się, że tego dnia jak i każdego innego umrze z powodu wspomnianych komplikacji aż 1000 kobiet.
Matki takie jak my i gwiazdy jak Blythe Danner, Kelly Rutheford czy Jennifer Connely zachęcają do symbolicznego wyłączenia się, zniknęcia na jeden dzień. Niepisania, nieodbierania maili, nieaktualizowania statusów, nieesemesowania. Wszystko po to, by pokazać co stanie się, gdy zniknie kobieta, matka.
Inicjatorką jest supermodelka Christy Turlington, która po spokojnej i zdrowej ciąży w czasie porodu doświadczyła poważnych komplikacji. Dzięki szybkiej interwencji medycznej i profesjonalnej opiece nie miały one poważniejszych konsekwencji dla niej i dla córeczki. Po tym traumatycznym przeżyciu Turlington zainteresowała się szerzej tematem i dowiedziała o wysokiej umieralności kobiet z powodu komplikacji ciążowych, okołoporodowych, okołoaborcyjnych - tymczasem aż w 90% przypadków można byłoby tym smierciom zapobiec dzięki pomocy medycznej...
Efektem jej poszukiwań jest wyprodukowany w 2010 r. film "No women no Cry" pokazujący kobiety w ciąży wysokiego ryzyka czy okoliczności aborcji w krajach takich Tanzania, Bangladesz Gwatemala czy USA. Efektem jest także fundacja podejmująca działania na rzecz poprawy warunków kobiet ciężarnych i położnic. Turlington pojazuje w filmie także swoją historię.
Poniżej 17to minutowy fragment tego filmu, serdecznie polecam. Poznajemy w nim Janet - piękną i ubogą Afrykankę, która do lecznicy w dniu porodu idzie pieszo 5 kilimetrów - by dowiedzieć się, że z powodu komplikacji musi jechać do oddalonego szpitala. Gdyby nie ekipa filmowa, która zorganizowała przewóz nigdy by tam nie dotarła - i być może - umarła...
Film i akcja są ciekawe i poruszające także z innych względów
Na stronie organizacji Turlington dowiadujemy się, że aż 80% porodów w Bangladeszu odbywa się w domach, bez odpowiedniej pomocy medycznej.
My mieszkanki krajów zachodnich walczymy o możliwość porodów domowych, o deinstytucjonalizację ciąży i porodu. O powrót do możliwości rozporządzania swoim ciałem bez karania przez system takiej decyzji. O możliwość pomocy innym matkom w czasie porodu bez narażania się na utratę wolności - jak utraciła ją Agnes Gereb.
Tymczasem to brak właśnie takiej opieki instytucjonalnej w krajach trzeciego świata jest kluczowym problemem i często powodem kalectwa czy śmierci matek i noworodków.
Myślę sobie o warunkach brzegowych jakie miałam ja w czasie ciąży i porodu i jakie miała wspomniana wyżej Janet. Narzekałam po porodzie, że leżałam przez kilka dni w porodowej fabryce i byłam stale monitorowana, podłączona do rurek i kabli, że badano mnie, oklepywano jak młodą jałówkę. Tymczasem - ile tysięcy kobiet cierpiących, niedożywionych, ciężko pracujących przez całą ciążę i bojących się o siebie i dziecko chciałoby być na moim miejscu...
Czy to nie straszny paradoks?
Jedyne, czego mi brakuje w spocie No mothers day, to informacji JAK pomóc.
Czy samo moje symboliczne zniknięcie tego dnia coś zmieni?
Niewiele.
Czy po jednym dniu ktokolwiek zauważyłby?
Akcja idealnie wpasowuje się w ideę slacktivismu - aktywizmu ery social media, gdzie wystarczy kliknąć, zaktualizować status, wysłać sms by wyrazić poparcie lub sprzeciwić się...
Cel komunikacyjny zostaje jednak osiągnięty. Spot przykuwa uwagę. Dzięki niemu dowiedziałam się o akcji, obejrzałam fragment filmu i spot. Zamieszczam badge na blogu linkujący do akcji - być może ktoś kiedyś kliknie i dowie się tak jak ja.
Możliwy jest wolontariat, zakupienie odzieży i gadżetów w celach charytatywnych, a nawet co ciekawe przekazanie starego telefonu komórkowego na potrzeby recyclingu (akcja dostępna dla mieszkańców USA i Kanady).
Więcej info na stronie organizacji Every Mother Counts
trzeci świat, Afryka, Janet? żeby ta brutalna rzeczywistość była tak daleko... dwa tygodnie temu w jednym z poznańskich zmarła dziewczyna, z którą chodziłam do klasy w podstawówce. nie chcę pisać szczegółów, bo historia jest bardzo specyficzna. dość powiedzieć, że była na podobnym etapie ciąży jak ja, najpierw zmarło jej dziecko a potem ona, bo procedura mówi, że należy dwa tygodnie czekać aż organizm sam wydali martwy płód. Anka nie doczekała. nie byłyśmy blisko, nie widziałam jej od połowy lat 90, mimo to nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego. tyle myśli, tyle emocji...
OdpowiedzUsuńniesamowite, że akurat teraz poruszyłaś ten temat na blogu.
"w jednym z poznańskich szpitali", oczywiście.
UsuńKarolina, strasznie mi przykro. Naprawdę. Najgorsze, że nie jest to wyjątkowy przypadek w poznańskim szpitalu.
OdpowiedzUsuńDo dziś trwał proces lekarza z Polnej, przez którego i personelu zaniedbanie zmarła ciężarna w ciąży z bliźniętami:(
strasznie strasznie smutne...
OdpowiedzUsuńodnośnie trzeciego świata, to myślę, że wszędzie kobiety powinny mieć odpowiednią opiekę, a to o czym piszesz (rurki, kable, przedmiotowe traktowanie) też nie jest najlepszą opieką. wiadomo, że u nas umieralność jest bardzo niska, wiadomo że w afryce jest (masakrycznie) wysoka i jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji. ale film skupia się na dostępie do szpitala + lokalnej klinice, w której jest wszystkiego za mało + ogólnej biedzie. a jak zawsze sytuacja jest bardziej skomplikowana. moja koleżanka prowadzi badania w nigerii i mówi, że kluczowy jest nie tylko dostęp do szpitala w razie komplikacji, ale też do antykoncepcji i bezpiecznej aborcji, właściwej opieki nad ciążą oraz obecność wykwalifikowanej osoby przy porodzie (niezależnie od miejsca). a już zupełnie ignoruje się wpływ czynników społ-ekon, politycznych, kulturowych (status kobiet?). wąskie "zachodnie" myślenie typu: wybudujmy szpitale, dajmy sprzęt może przynieść więcej szkody niż pożytku. niestety, będziemy/będą się ztym jeszcze zmagać długo... rudy_eco