środa, 27 marca 2013

Narodowe Archiwum Cyfrowe. O domowej fotografii.

W ramach przeprowadzkowych porządków dokopałam się w domu do albumu ze zdjęciami Niny.

Tak. To ewenement - albumu ze zdjęciami wywołanymi na papierze.

Zajrzałam do niego i oczywiście potwierdziły się moje przypuszczenia.

Wywołane zdjęcia objęły pierwsze DWA miesiące jej życia.
Reszta albumu jest pusta...

Tym pierwszym dwóm miesiącom towarzyszyły karteczki z rozpiską z DATAMI - kiedy miała szczepienie, co potrafi, co się wydarzyło ważnego w jej otoczeniu.

Tylko dwa miesiące.

Ogarnął mnie żal z powodu swojego lenistwa.

Przecież robiliśmy jej dziesiątki zdjęć - przede wszystkim kiedy byłam z nią na urlopie macierzyńskim.
Potem oczywiście częstotliwość spadła, by spaść jeszcze mocniej w związku z dużą ruchliwością modelki i jej zniecierpliwieniem.
Dzisiaj również robimy zdjęcia, ale dużo rzadziej, zazwyczaj w weekendy lub w sytuacjach kiedy dzieje się coś naprawdę niezwykłego.

Częściej sięgamy po telefon i kręcimy nim krótkie filmy, "łapiąc chwile ulotne jak ulotka".

To  zdjęcie pochodzi z serwisu Awkward Family Photos, gdzie można znaleźć setki mniej i bardziej groteskowych, kiczowatych, dziwnych zdjęć rodzinnych:)

Ale nie wywołujemy tych zdjęć.

Nie mamy tradycyjnych albumów. Często siadamy na sofie przeglądając archiwum, ale zdjęć cyfrowych - na laptopie.
Z rozczuleniem oglądamy film nakręcony w szpitali kiedy Ni miała 5 godzin.

Na szczęście dokonujemy wcześniej selekcji - z całej sesji zostaje może 10-20% wartościowych zdjęć i nie zamienia się to w uciążliwy pokaz. Nie katujemy nimi też znajomych. Jedynie dziadkowie dostają je w pakiecie. Na FTP...

Moi rodzice trzymają w domu wielki czarny album w lśniącej twardej malowanej ręcznie w japońskie wzory oprawie, do którego wklejali zdjęcia za pomocą specjalnym narożników a mama robiła trafne opisy. Dzięki niemu poznałam poznałam ich pierwsze miesiące po ślubie, nowe miejsce, radość z narodzin moich a później siostry oraz uroki życia w późnej PRL:)
Do tych zdjęć lubię wracać, to one są najwartościowsze. Nie jest ich dużo, ale każde można długo studiować.

Czy to kwestia sentymentu, czy selekcji, czy uplywu czasu?

A może drukowanej formy, celebracji w albumie, opisu?

Druk nadaje zdjęciu rangę. Trzeba się zastanowić, które wywołać, gdzie je zamieścić w jakiej kolejności. Zmusza do refleksji i przystanięcia w biegu.

Dlatego chyba wywołam po przeprowadzce parę zdjęć z życia Ni...

Co też jest ciekawe - my nie pojawiamy się na zdjęciach praktycznie w ogóle. To ona zawłaszczyła obiektyw.

Jak to jest u Was?

P.S Czy znacie projekt Diego Goldberga i jego rodziny pt. Arrow in Time? Co roku od 1976 r. 17 czerwca spotykają się by zrobić rodzinne fotografie pokazujące upływ czasu.
Pojawiają się kolejne dzieci, dzieci zakładają własne rodziny, rodzą im się dzieci...
Bardzo poruszające.




P.S 2 Przepraszam za ostatni niefortunny komentarz o pracownikach urzędów :)

Mała sfrustrowana prowokacja do dyskusji mi raczej nie wyszła.

De facto mam w bliskim otoczeniu pracowników urzędów, którzy bardzo ciężko pracują w ogromnym stresie i po godzinach też. Pewna pani wręcz jest ofiarą mobbingu w urzędzie, z powodu którego odeszła z pracy.

Chodziło mi w tym wszystkim raczej o ten gest wynaturzony barejowski gest trzaśnięcia okienkiem...

O którym czasem bardzo marzę:))
Trzasnąć, obrócić się na pięcie i wyjść o piętnastej:)

8 komentarzy:

  1. My wywołujemy zdjęcia (część). Średnio 1-2x do roku, od poprzedniego momentu, aż do aktualności :) Część wywołuję w 3-4 kopiach i obdarowuję rodzinę (dziadków, ciocię). Czasami siadamy z synem i oglądamy te albumy. Sporo już ich jest.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wywołaliśmy zdjęcia od urodzenia się naszej 1,5 rocznej córki aż do teraz - po selekcji wyszło ich około 40. Włożyłam je do albumu i opisałam. Masz rację - druk nadaje rangę. Setki razy oglądaliśmy zdjęcia na laptopie ale nie wiem czemu większe emocje budzą we mnie te wywołane :)
    Nas nie ma praktycznie na zdjęciach; ja może pojawiam się ze 3 razy, mąż jeden jedyny raz kiedy trzyma Maję oglądając pamiętne EURO 2012 ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój synek też ma dwa miesiące uwiecznione w pierwszym albumie. Ale... Odkąd zajęłam się scrapbookingiem to naprawiam swój błąd często. Robię sporo takich mini albumików, z poszczególnych wydarzeń. Często je przeglądamy, synek uwielbia to! W wolnej chwili zapraszam na mojego bloga, gdzie pokazuję swoje "prace".
    Np. http://nawiedzonaulala.blogspot.com/2013/03/dziecieco.html
    http://nawiedzonaulala.blogspot.com/2012/08/albumiki-dwa.html
    http://nawiedzonaulala.blogspot.com/2012/12/przyjazn.html
    http://nawiedzonaulala.blogspot.com/2012/09/jestem.html

    Życzę spokojnej przeprowadzki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hi to all, because I am genuinely keen of reading this
    weblog's post to be updated daily. It consists of nice data.

    Have a look at my weblog :: ecn.exgate.com

    OdpowiedzUsuń
  5. My zdjęcia wywoływaliśmy jedynie zupełnie na samym początku - dla rodziny, i potem jak Nina miała 3 miesiące, to na Dzień Babci i Dzień Dziadka daliśmy dziadkom z obojga stron częściowo wypełnione albumy. W zamierzeniu mieli je potem sobie sami uzupełniać i o ile teściowie coś tam dorzucili, to moi rodzicie chyba jeszcze absolutnie nic - mama jedyne co to przygotowała sobie w komputerze folder gdzie wrzuciła to co miała wywołać ;)
    Ja natomiast ostatnio poświęciłam mnóstwo czasu by wybrać zdjęcia do wywołania dla nas, tzn dla Niny w przyszłości. Selekcja była trudna, początkowo chciałam aby jeden album starczył na około 5 lat, potem zmiękłam że może niech będą 4, ale ostatecznie mam wybrane 160zdjęć i jej dwu i pół letniego życia. Badziej już zredukować tego nie umiem :)
    I mam już zaplanowane komentarze, opisy itp. Jedyny problem, to sam proces wywołania, gdyż chcę aby były to porządne zdjęcia, nie wywoływane z automatu, tylko analizowane przez fotografa i odpowiednio rozjaśniane/przyciemniane, aby wybrać najlepszy efekt. No a że sprawdzonego fotografa mam w centrum miasta, bez możliwości pozostawienia w pobliżu samochodu, to już powoduje komplikacje, więc tak się zbieram i zbieram...
    Mam też w planach album tradycyjny, ze zdjęciami wklejanymi - taki jeden na całe życie... Tam to dopiero będzie problem z selekcją :)
    monic_

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja jeszcze nawiążę do urzędników.

    Moje pierwsze skojarzenie: walka z etykietkami za pomocą etykietek, obalanie stereotypów przez powtarzanie innych. Ot i społeczeństwo :) Chciałoby się dodać do jednego z Twoich ostatnich wpisów:
    kobieta pracująca w urzędzie będąca matką - naciągaczka i krętaczka;)

    Trochę mam doświadczenia zarówno w pracy w korpo jak i w urzędzie i zauważyłam jedno: ludzie są różni i nie da się ich zatrzasnąć w tabelkach. Nie zawsze da się wyjść o 15 z urzędu, nie zawsze da się nie myśleć o tym w domu. Praca w urzędzie jest specyficzna, bywa też frustrująca, choć w całkiem inny sposób: podejrzewam, że Ty nie musisz wypełniać sterty wniosków o nowe krzesło do pracy, albo zapotrzebowania na ołówki, prawda?

    Nie daj się wpędzić w schematyczne myślenie :)

    Pozdrawia Ala: urzędnik, koordynator międzynarodowego projektu, który wymaga pracy po godzinach (za free, bo płacą do 15) i wyjazdów, oraz studentka prawa z ambicjami na aplikację, no i najważniejsze: mama! Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ala masz całkowicie rację, zafiksowałam się na tym geście zamykaniu okienka. To prawda co piszesz - tak jak wspomniałam, znam parę osób pracujących w urzędach/budżetówce i choć mają inne problemy często, są równie angażujące i stresujące. A praca jest bardziej sformalizowana i skostniała, zbiurokratyzowana co pogarsza sprawę...

    Pozdrowienia dla Ciebie, pana męża i K.!

    OdpowiedzUsuń
  8. Praca jak praca: zawsze można ją zmienić. Największym stresem w pracy urzędnika jest to, że wszyscy dookoła mają cię za darmozjada i nieroba przyrośniętego do stołka. Czasem rzeczywiście tak jest, niestety.

    Poza tym, to wszystko jakoś trzeba ogarnąć: pracę, zajęcia poza nią, dom i dziecko. Czasem faktycznie bywa to frustrujące i ma się ochotę wykrzyczeć, w nadziei na to, że ktoś zrozumie, że ktoś ma tak samo. Ale są i perełki: znalazłam klub fitness czynny całą dobę! I śmieszno i straszno zarazem, ale późnymi wieczorami sporo w nim matek ;-)

    Pozdrowienia!
    Ala

    OdpowiedzUsuń