wtorek, 19 lutego 2013

"To dziecko powinno już iść spać"

Moje dziecko należy do gatunku "trudnousypialnych", wymagających tulenia, rozmowy i obecności przy zapadaniu w sen.
Należy także do często się wybudzających i chlipiących.
Oraz późno chodzących spać.
Choćby była wyciszana i kładziona o dwudziestej, nie zaśnie przed 22-gą.

I wcale jej się nie dziwię.

Na pewno gdzieś za górami i lasami są bardzo grzeczne dzieci, które pięknie same chodzą spać i ładnie przesypiają noce.
Na pewno istnieją nie tylko w bajkach i opowieściach zakochanych rodziców...

Ale ja się Nince nie dziwię, choć jestem wykończona przez te jej harce.
To nawet bardzo zdrowe objawy...

Bo czyż prawidłowe jest i normalne to, jak wygla moje  i wielu innych rodziców życie codzienne?

Rodzice wychodzący do pracy około 7-8 rano. Wracający około 18-tej. Zmęczeni, wypompowani.
I dzieci spędzające cały dzień albo z obcymi ludźmi w żłobkach, albo samotnie w domu z jedną opiekunką.
Dzieci, które zimą spędzają tylko ułamek dnia na świeżym powietrzu.  Które nie mają za bardzo gdzie o tej porze roku spożytkować swojej energii.
Które mają rodzica dla siebie przez żałośnie bolesną chwilę.
I to chwilę, którą zajmują mu także inne czynności domowe - pranie, gotowanie, ogarnianie wiecznego chaosu. A coraz częściej chwile, kiedy rodzic -  przemęczony kłębek nerwów - próbuje także pracować zawodowo.
Na dodatek to rodzic kochający i tęskniący, walczący notorycznie z poczuciem winy, kiedy włącza te cholerne bajki, by choć chwilę przymknąć oko i uciszyć gonitwę problemów w głowie. Rodzic, który wieczorami łapie chwile, próbując nadrabiać dni spędzane bez dziecka i z zaskoczeniem odkrywa kolejne etapy jego rozwoju.

Tak. To o mnie, ale i pewnie o Was.

Dlatego choć ledwo zipię, nie będę kłaść na siłę Ni do łóżka w porze, w jakiej grzeczne dzieci dawno już śpią.
Bo ona nie jest jakimś tam rasowym grzecznym dzieckiem
Tylko MOIM.
Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

13 komentarzy:

  1. Znam tę historię nad wyraz dobrze. Starszy też taki był, że stęskniony chciał mieć mamę jak najdłużej przy sobie, a ja wracałam z pracy 18-19. Nadszedł jednak moment, gdy w domu zostaliśmy we dwójkę, a później - we trójkę i problemy ze snem minęły jak ręką odjął. Przy okazji też kilka innych. Dlatego zdecydowałam się ostatecznie na pracę z domu i nie żałuję, nawet na moment. Choć to trudne i nocy nieprzespanych wiele to radość z obserwowania dziecięcych postępów, wysłuchiwania ich przemyśleń, obserwowania współpracy - bezcenna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Amen. Coś mnie trafia kiedy słyszę od sąsiadki pracującej w Urzędzie Skarbowym do 15 że kiedy Piotrek pójdzie do przedszkola będę miała więcej czasu dla siebie bo będzie wieczorem zmęzczony i o 19 mogę kłaśc go spać zamiast około 21.00 - 21.30. WTF? Ja z pracy wracam o 18, syn około 18 będzie odbierany z przedszkola, to jak ma nasze życie wyglądać? Zdejmujemy buty, kolacja i spać? Nie piszę się na to.

    OdpowiedzUsuń
  3. No właśnie, mi się wydaje, że to może być podejście ludzi którzy pracują w innym rytmie. Którzy nie znają tego wiecznego pędu i braku czasu, zmęczenia i braku czasu dla dziecka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczy, że, tak jak u moich sąsiadów, jedno pracuje w urzędzie od 7 do 15, a drugie w firmie prywatnej od 9 do 17. Dziecko zawożone jest do przedszkola dopiero na 8.30, odbierane o 15.30, o 16 jest już z mamą w domu. Ja pracuje od 9 do 17, mój mąż często jeszcze dłużej. OK, nie musze dziecka budzić o 5.30, ale ten czas rano nie jest pełnowartościowy. Pośpiech, ubieranie. Najbardziej boli mnie, że tak wiele ciekawych zajęć dla dzieci nas omija, bo są w tygodniu w godzinach pracy, a jak juz znajdę jakieś o 18-18.30 to Piotrek po prostu jest już zbyt zmęczony :-( Pozostają jedynie weekendy.

      Usuń
  4. Też mam podobne dylematy. Wprawdzie sytuację wpaniałą, bo mieszkanie ciasne,ale własne jest. Bez kredytu na 40 lat i obaw jak zapłacę ratę jak mnie zwolnią. Pracowałam (bo teraz z drugą córką - 2 miesięczną na macierzyńskim jestem) na pół etatu plus zlecenia z domu; mąż dorabiał jako nauczyciel, dziennikarz, pisarz - co się dało:) Oboje stwierdziliśmy, że za bardzo nam zależy na uczestnictwie w życiu dzieci, żeby je widywać przez 2 godziny dziennie i oddać na wychowanie obcym. Brzmi bardzo górnolotnie może, ale gdzieś tam się do tego sprowadza - mniej kasy, możliwości (również dla dzieci) ale więcej czasu z dzieckiem, czy zarabianie na dodatkowy angielski, konie, nianię, fajne wakacje (lub kredyt -i to oczywiście podstawa, którą ja szczęściara mam a większość nie). I nie ma "prawidłowej"odpowiedzi. Zawsze będziemy się za coś winić- tak to już mamy jako mamy ( i tatusiowie też).dorota

    p.s. Nasza starsza jest w żłobku codziennie od 8.30do15. Mogłaby krócej, ale szczerze to nie chce wychodzić. Uwielbia być z dziećmi, potrzebuje tego czasu bez nas z paniami, rytmiką ,wyklejankami, piosenkami. Popołudnia i wieczory ma z nami, ale bajki też lecą, bo nie mam siły przy dwójce cały czas kreatywnie się bawić. Poza tym dochodzi jej zmęczenie i bajka jest takim czasem trochę wyciszenia( albo to moje wytłumaczene,żeby choć raz wypić gorącą nie zimną herbatę;-))) ).

    OdpowiedzUsuń
  5. Temat jest tak samo trudny dla rodziców pracujących w wolnych zawodach. Niby jestem cały tydzień w domu. Ale pracuję. Malo tego, nie pracuję w ustalonych godzinach, tylko 24 godziny na dobę. I przez ten czas powinnam, podkreslam - powinnam, mieć totalny spokój, żeby myśleć. Jest to z gruntu i roli fikcja - nie mam spokoju, nie mam czasu, nie mam ochoty na klocki, bajkę, puzzle. A potem mam wyrzuty sumienia. WObec dziecka. Wobec teatru. Wobec siebie. Nie ma dobrego wyjścia. Niestety.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziewczyny dzięki za Wasze głosy.
    Trava - ja doświadczyłam nie raz pracy zdalnej i jest to często awykonalne. Po prostu efektywność dramatycznie spada. Trudno mi sobie wyobrazić "wolny zawód" dzień w dzień z maluchem w domu. To wielkie wyzwanie i odpowiedzialność - tak jak piszesz, jesteś 24h w pracy.

    Aha, ja nawet gdybym nie musiała ze względów finansowych, chciałabym pracować, ale już niekoniecznie ślęczeć w weekendy i wieczorami:)

    OdpowiedzUsuń
  7. My Gabi też na siłę nie kładziemy.Ostatnio poszła spać o 23.

    OdpowiedzUsuń
  8. Aż mi łza w oku zakręciła...

    OdpowiedzUsuń
  9. pieknnie to napisałaś. My kladziemy córę ok. 20. ale też sama nie zasypia, aż wstyd sie przyznać lulamy ją w wózku, ap oźniej przekladamy do łóżeczka, ma 19miesięcy. Mieszkam w mniejszym mieście, wiec w domu po pracy jestem o 16.30 i te 3 h z dizeckiem chce wykorzystac jak najbardizje intensywnie. ale nie zawsze sie uda , bo trzeba troche dom ogarnac, ugotowac. Po 20 jak już połozymy spać malą ,zalegamy na kanapie i czasami nie mam sily na nic. Lena chodzi do złobka,ale non stop choruje i siedzi z nią tatus, który od kilku miesiećy szuka pracy.
    Zoa81

    OdpowiedzUsuń
  10. wcale nie za górami ani za lasami, tylko z drugiej strony Poznania;-) akurat mam w domu egzemplarz zasypiający najpóźniej o 20:30 i śpiący ciągiem do rana we własnym łóżeczku. to nie ściema ani bajka;-) oboje pracujemy, ja często wybywam na delegacje, mąż 3 dni w tygodniu wraca do domu przed 20, czyli od razu na kąpiel Łucji. Lu pakuje się do swojego wyrka z ukochaną maskotką, czytamy bajki, śpiewamy kołysanki i idzie spać. mamy fuksa i nadzieję, że drugie szybko wejdzie w podobny rytm.
    aczkolwiek, na naszym zadupiu akurat dzieciom wyjątkowo dobrze się śpi, co nas kto dzieciaty odwiedzi to jego dziecko uderza w kimono. w razie czego zapraszam;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiem wiem, są takie dzieci i przemawia przez moje czarne złe serduszko, że to się nie dzieje u mnie:))
    Pozdrawiam!!
    I coś może faktycznie jest jeśli chodzi o klimat miejsca zamieszkania - Ninkę wybudza każdy głos sąsiada, stuknięcie w kaloryfer itd.

    OdpowiedzUsuń