Czasem jestem marudną upierdliwą panikarą. Takim Paszczakiem skrzyżowanym z Filifionką.
Są historie, które mnie zamrażają w stanie emocjonalnego zeskorupienia i paraliżu lękowego. Włączają mi czarnowidztwo.
Ileż to ja już razy "odkrywałam" u siebie raka;/ Podczytywane w dzieciństwie do poduszki leksykony medyczne z przypadkami syfilityków, słoniowacizny i filariozy wbiły mi się skutecznie w wybujałą wyobraźnię.
Swoją drogę wizytę na onkologii i biopsję na szczęście z pomyślnym dla mnie wynikiem mam już zaliczoną...
Kiedy czytam blogi, historie chorób i ciężkich przypadków, zwłaszcza dotyczących dzieci, moja wyobraźnia zaczyna mocno pracować.
Wczoraj przeglądałam Facebooka i natknęłam się na trójkowym profilu posta promującego wywiad autorki nowego cyklu Matka Polka Feministka (polecam!) z Bartoszem Rajem, autorem bloga hantek.blox.pl.
Coś mnie tknęło.
Zajrzałam na niego.
I mnie sparaliżowało.
Bloga Bartka czytałam kiedyś będąc w ciąży i prowadząc blog na bloxie.
Przestałam. Chyba z racji... gładkości i piękna bloga, zachwytów nad córkami, szczęścia bijącego i wszechobecnej miłości.
Czy byłam tak ponurym grzybkiem zazdrości, że cudza radość kuła mnie w oczy? Chyba nie.
Ale miałam wówczas trochę czarnych chmur nad głową i wolałam czytać bardziej.. hmm... realistyczne i ironiczne blogi.
A blog Bartka był to blog opisujący dumę ojca z jego słodkich córeczek - Hantka i Majtka. Pięknych jak laleczki i mądrych blondyneczek. A także wspominający NMG - najwspanialszą matkę globu. Z bloga biła jasność i ekstremalna miłość.
Aż tutaj...
Okazuje się, że rok temu między jednym obiadem a drugim okazało się, że Hantek ma raka na rdzeniu kręgowym. 18-to centymetrowego potwora.
Hantek, ta ikonka starsza, śliczna dziewczynka dziś odbywa rehabilitację - jeździ na wózku, ma założony jeszcze na wiele lat uciążliwy gorset, a przed nią wizja dalszego leczenia.
A zaczęło się niby tak zwyczajnie od upadki ze ślizgawki, a potem mdłości, wymiotów, utraty równowagi.
Bartek na jakiś czas z uwagi na ogrom stresu zawiesił bloga, ale wrócił do niego.
Dziś opisuje dzielność Hantka i całej rodziny.
Dalej jest to blog pełen miłości. Ale także teraz jest to blog o strasznym lęku o dziecko, który i ja w jakimś aspekcie poznałam. O zimnym pocie zalewającym o szóstej rano i nerwowych skurczach mięśni i żołądka.
Po ubiegłorocznej historii z OIOM drżę jak osika kiedy Ni zaczyna poważniej chorować. Na myśl, że mogłoby się jej coś stać wpadam w emocjonalną czarną dziurę.
I kiedy zajrzałam na bloga Bartka dotarła do mnie znów ze zdwojoną mocną trywialna przecież myśl o kruchości naszego szczęścia, od jego ogromnego uzależnienia od zdrowia.
Nie wcale nie myślę o tym czego bał się Bartek "dobrze, że to nie moje dziecko".
Myślę "to straszne, że taki kochany maluch tak cierpi". Trzymam za całą rodzinę kciuki.
I myślę i zaklinam zdrowie, geny i los "oby nie ona, oby nie my, tylko nie ona, proszę"...

Znam tego bloga. Jest tyle chorych dzieci, że też mnie to przeraża :(
OdpowiedzUsuńAbsolutnie piekny, wzruszajacy tekst...
OdpowiedzUsuńKylana.