Pan mąż pokazał jej w związku z tym kilka krajów i kontynentów, a dziecina bardzo szybko to podłapała i potrafi je wskazać paluszkiem.
Pispania! Flamenco! Ole!!!!!! Tup tup! Nóżką bosą, nóżką bosą! Okręcę się!
Siny! Tu mieska miś panda!
Indie!Tu mieskają tygrysy!
Afryka!Tu mieskają lwy!
Astralia!Tu mieskają kangury!
Biegun 'Pónocny"!Tu mieskają pingwiny!
Polska! Tu Ninka mieska!
Po pokazaniu Hiszpanii wpadłam na pomysł pokazania jej pokazu flamenco na You Tube, a pan mąż wykonał prosty wachlarz z papieru.
Dzięki temu zaliczyliśmy dynamiczny pokaz flamenco w wykonaniu dziecięcia, z przytupami, machaniem wachlarzem i dzikimi okrzykami Ole!Ole! Taniec połączony był z elementami tańca zbójnickiego, bo Buba okraszała go freestyle'owymi gwałtownymi przysiadami.:)
Widzimy energię i frajdę płynącą z takiej zabawy. Psycholog pewnie powiedziałby, że przede wszystkim pozwala zaspokajać ciekawość Ni i daje jej to, co najważniejsze - poczucie bliskości i aktywną uważność nas - rodziców.
(dlatego naszym nowym zakupem będą Mapy Mizielińskich)
Dlatego muszę w pewnym stopniu zweryfikować swoje dawne ironizowanie na temat metod państwa Minge, których syn w wieku trzech lat czytał, znał stolice, nazwy greckich bogów, dinozaurów itd. Państwo Minge są poznańskimi psychologami, autorami książek i twórcami poradni. Co ważne są też dość "natchnionymi", specyficznymi osobami w swoim sposobie bycia - przez co automatycznie włącza się odbiorcy dystans do tego co mówią i robią.
Taki gigantyczny dystans miałam do momentu, kiedy moje dziecko pojawiło się na świecie i zaczęło naturalnie rozwijać, a przede wszystkim pytać i domagać się uwagi... Podsuwanie jej informacji o świecie kiedy pyta i dziwi się wszystkiemu wydało się najbardziej naturalne i oczywiste, zgodne z jej potrzebami.
Założyliśmy że urządzamy taki edutainment tylko w krótkich sesjach i tylko i wyłącznie dopóki widzimy, że Nina sama przychodzi do nas z taką potrzebą i czerpie z tego przyjemność. Jakikolwiek moment jej znudzenia przerywa zabawy z literkami, książkami czy globusem.
Moje poglądy na "stymulację rozwoju" mocno się zmieniły od czasu ciążowego amoku. Dziś uważam, że rodzic powinien tylko obserwować towarzyszyć i wspierać, odpowiadać na potrzeby i zainteresowania, a nie szaleć i przestymulowywać czy to realizując swoje ambicje czy kompleksy czy będąc niepewnym siebie rodzicem i z lekka ogłupionym płynącymi zewsząd komunikatami i poradami (jak chyba zaliczam się do tej ostatniej grupy).
Ale do tego wewnętrznego spokoju i luzu musiałam dojrzeć.
Jaki macie do tego stosunek?
Na marginesie poniższy filmik pomimo uroczej bohaterki napawa mnie lekką odrazą do rodziców - w pewnych ich gestach, w mało radosnym wyglądzie dziecka widać, komu tak naprawdę zależy na tej pokazówce...
W pewnym przeciwieństwie do tego chłopca, który ewidentnie ma frajdę - która płynie z zabawy i pochwał rodziców.
Swoją drogą może to znamienne, że na obu filmach są Azjaci. Bojowa pieśń ambitnej do bólu matki tygrysicy Amy Chua (tej samej, która odrzuciła laurkę na dzień matki jaką dostała od córki, bo nie była dość dobra) brzmi w tle... (więcej o książce na tym blogu).
A tu wywiad z napiętą emocjonalnie i botoksową Chua
fakt, że dzieciaki uczą się błyskawicznie i jakoś tak mimochodem potwierdza tezę, że najlepiej uczyć bawiąc i bawiąc uczyć;)
OdpowiedzUsuńpociągnij Ninę za język podczas czytania ulubionego wierszyka lub bajeczki. gwarantuję, że zna ją na pamięć. Łucja recytuje z pamięci chyba wszystkie swoje książeczki, kiedy to odkryliśmy dosłownie nas zatkało. piosenki, kolędy tak samo. bez wychowawczego drylu też się udało.
dwulatki są niesamowite same z siebie:)
To prawda, dzieci w tym wieku niesmowicie chłoną wiedzę (choć mam wrażenie, że wybraną;)). Mnie mały zaskoczył gdy nagle sam odśpiewał "wlazł kotek na płotek" i kilka innych szlagierów wieku dziecięcego oraz wyliczankę, której nauczył się na zajęciach, na które uczęszcza raz(!) w tygodniu. Próbowałam to wykorzystać i podszkolić go w literkach czy cyferkach ale to już oporniej idzie :) Aczkolwiek też nigdy nie mieliśmy ciśnienia na edukację w tak młodym wieku.
OdpowiedzUsuńAnia S.
Nasza Truśka nauczyła się czytać zupełnie sama, podobnie zresztą jak kiedyś jej brat Paweł. Z moich obserwacji wynikać, że dzieci uwielbiają się uczyć, poznawać nowe - niestety, do czasu. Zwykle jak już dobrze zadomowią się w szkole to ten zapał im mija:( A może to wina szkoły?
OdpowiedzUsuń"może" ? :)
Usuńhttps://www.youtube.com/watch?v=zDZFcDGpL4U
Rzeczywiscie Ni zaskakuje nas znajomoscia wierszy i piosenek czy sformulowan o ktore bym jej nie posadzala. To temat na posta wlasciwie:)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńGwoli ścisłości - pingwiny mieszkają zdecydowanie na biegunie południowym, nie północnym :)
OdpowiedzUsuńPrzepraszam za galimatias z usuniętym komentarzem, popsuło mi się coś z bloggerem :/
Usuńjestem niedouczona jak widac.wstyd! jak przyjdą Mapy sama się podciągnę coby dziecka zle nie edukowac.na szczescie pan maz czuwa nad przekazem:)
OdpowiedzUsuńBuba wie ;] Pingwiny pokazuje na południowym. A na północnym "mieska miś porarny" :)
OdpowiedzUsuń