U Małgorzaty Musierowicz w Jeżycjadzie była i jest Pulpecja - urokliwe dziewczę o ustach jak pączki róż, rumianych policzkach, loczkach i lekkiej nadwadze. Która to kochała konsumpcję, w czasie świąt zajadała się makowcem mrucząc "makowczyk, cium ciu, pyszulka" i jaśniała optymizmem.
A u mnie w domu jest Miss Kotlecja.
Miss Kotlecja to dziecko, które jest bardzo wybredne kulinarnie. Aktualnie z racji podejrzeń alergii i oczekiwania na wyniki badań może jeść niewiele produktów. Co dodatkowo napawa nas codziennym stresem tudzież lekką frustracją.
Bo ileż można jeść grzanki z suchego chleba? Według Miss Kotlecji - all the time.
Ale jest jeden patent, który będzie chyba moim wybawieniem.
Kotlet.
Kotlet jawi się jako ostateczne wybawienie.
Bo jak się okazało, kotlet nie musi być wykonany z truposzczaka zwierzęcia.
Dlatego też udało się dziecięciu sprzedać falafle z ciecierzycy, krokiety ziemniaczane a dziś - kotleciki z kaszy jaglanej z przepisu Mamy Alergika. Z lnem mielonym zamiast jajka a nawet ze znienawidzoną marchewką i natką.
Chrupiąca panierka i obła forma stanowią kuszącą zachętę. Tak kuszącą, że gdy dziecię biegało po domu z mokrymi włosami i nie chciało usiąść, by je wysuszyć suszarką, zadziałało rodzicielskie ostre wezwanie: "siadaj, bo nie dostaniesz kotlecika!"
Dziecię przybiegło z prędkością światła. A podczas jedzenia zachwalało: "pyszności!!".
Mam nadzieję, że uda się w tej postaci sprzedać kilka innych zdrowych rzeczy, które aktualnie lądują na podłodze, zostają wcierane w sofę albo malowniczo rozkruszone wokół krzesła.
I nie, nie działa piękne podawanie jedzenia, bento, śmieszne buźki, myszki z pomidora i jajka itd.
To są wg dziecięcia rzeczy do oglądania i zachwycania się a nie konsumpcji.
Tak.
Rodzice wybrednych kulinarnie potworków muszą szukać metod.
Jedzenie staje się wyzwaniem. Niejedzenie zaś - codziennym problemem.
Dlatego tytuł książki kucharskiej Moniki Mrozowskiej i Maćka Szaciłło "Przemytnicy marchewki, groszku i soczewicy" wydaje mi się trafiony w sedno.
Bo musimy się wspinać na wyżyny kreatywności i przemytnictwa.
Jak osławione mrówki przemycające fajki przez granicę ukraińską, przemycamy trzęsąc się ze strachu czy mała celniczka nie wyczuje nosem zakazanego towaru.
A potem i tak czytam psychologiczne analizy, mówiące o tym, że wszelkie te akrobacje wokół jedzenia udowadniają dziecku to, jak nam zależy i mogą być przyczyną zaburzeń odżywiania.
Czyli tak czy siak jestem, staję się lub będę beznadziejną matką a moje dziecko mnie znienawidzi i będzie się leczyć u terapeuty.

jeśli mogę, to powiem tylko, żebyście nie za bardzo liczyli na wyniki z testów krwi....Niewielu dzieciakom wychodzą wiarygodne, niestety. Sonka miała skórne - pozytyw na wszystko. Z krwi wynikło, że nie jest alergiczką wogóle. W szpitalu powiedzieli nam, że fantazjujemy. taaaa. Jak dziecko dostaje kaszlu histerucznego po dzemie z truskawek, powinnam po prostu powiedziec mu, że nie jest alergikiem, bo z krwi nie wyszło....piszę to tylko dlatego, żebyście nie zaufali tym testom do końca, a bardziej ufali własnym obserwacjom. Pozdrowienia dla Was wszystkich!
OdpowiedzUsuńhej, a zdradzisz przepis na te kotleciki? moze i moje lozbuziaki beda je jesc...
OdpowiedzUsuńOczywiście: http://mamaalergikagotuje.blogspot.com/2012/08/kotlety-z-kaszy-jaglanej-weganskie.html z tym że ja zrobiłam tylko z marchewką, bez innych dodatków w środku. I też były dobre. A dziś dla dorosłych - z kaszy jęczmiennej, z ogórkiem kiszonym i papryką. Takie dziwne zestawienie:)
OdpowiedzUsuńAnia, wiem:( - dlatego musimy ja obserwować, w testach to nieszczęsne mleko nie wychodzi, a ja mam wrażenie, że ono jest winne, kakao i orzechy. Niemniej testy i tak trzeba było zrobić dla czystego sumienia.
OdpowiedzUsuńNo jasne. Testy zrobić trzeba. Mleko najczęsciej niestety....Przykro mi. Ale sprawdźcie koniecznie pietruszkę i selera. Najczęściej, jak alergia już jest, to te warzywa uczulają i to dość mocno. Niesttety. Dlatego trzeba uważać na wszystkie zupy, wywary...
OdpowiedzUsuńMamy testy teraz zlecone na takie alergeny: mleko, jaja, soja, mąki i ryż, cytrusy, ziemniaki, czosnek, cebula, pomidor, ryby morskie, mięsa, orzechy, ser, kakako, marchew, brzoskwinia, jabłko, sezam, seler. Nie ma tu pietruszki. Sprawdzę tę pietruszkę! Dzięki
OdpowiedzUsuńHehe, u nas terapeuta w domu, a i tak żeby wcisnąć jakieś inne warzywo niż ziemniak (szczególnie w postaci frytki:-P), robimy zupę z tartymi warzywami, ....w sumie na nic innego jeszcze wpadlam - kotleciki, genialny pomysł :) ważna jest miiiilosc (wiem, zalatuje banałem;)), a kombinacje kulinarne to chyba chleb powszedni połowy rodziców :-) pozdrawiamy!
OdpowiedzUsuńAnia S.
Buba jest w stanie wykryć niewidoczne gołym okiem kawałeczki pietruszki w pożywieniu i odłożyć je ze wstrętem na bok, więc one pewnie tak mocno nie działają ;)
OdpowiedzUsuńa może ona tę pietruszkę odkłada bo ona jej szkodzi? czasami dzieciaki intuicyjnie czegoś nie lubią a mają ochotę na rzeczy, które aktualnie ich organizm potrzebuje (w zasadzie u dorosłych na tej samem zasadzie to działa :P)
OdpowiedzUsuńagat