Dorośli wymyślili Mikołaja vel Gwiazdora aby mieć kim szantażować dzieci.
Wiara w niego działa nieco podobnie jak religia.
Święty Mikołaj to dozwolona forma opium dla małoletnich.
Jednocześnie to wysoka instancja umożliwiająca pewną kontrolę bezsilnego rodzica nad rozbrykanym malcem. Czyli idealnie wpasuje się w klimat podglądającej Opatrzności.
Do tego przewrotnego wniosku doszłam po wczorajszym dniu, kiedy przelała się czarka bezsilności.
Ninka bowiem weszła w etap bicia nas i rzucania przedmiotami, w tym - rzucania jedzeniem.
Dla nas jest to sytuacja nie do przyjęcia i próbujemy przeciwdziałać temu. Wiemy, że akcje takie zdarzają się, kiedy Ni ostatnio nie umie inaczej wyrazić swojego gniewu, frustracji i zamanifestować chęci niezależności.
Nie będę tego jadła!
Nie będę spała!
Nie chcę się kąpać!
Nie dotykaj mnie!
Nie patrz na mnie!
Nie mów do mnie!
Codziennie walczymy z komunikatami, często sprzecznymi.
Bo mała zarazem chce być duża i niezależna jak i chce być traktowana jak ukochany i wychuchany maluszek.
Widzimy to miotanie się i staramy się tłumaczyć, przekonywać, apelować.
Nie krzyczymy, nie stosujemy przemocy. Rozmawiamy i stanowczo jednocześnie domagamy się naprawienia szkód - posprzątania, przeproszenia. Ni ulega - na chwilę.
Po czym za piętnaście minut mamy znów to samo.
Między innymi wycieranie rozlanej zupy z podłogi i mebli.
Ręce opadają.
Wczoraj podczas godzinnej walki o zaśnięcie z racji nadchodzących świąt zaświtała mi w głowie myśl pt. "ostatnia deska ratunku": A gdyby tak... postraszyć Mikołajem?"
I wprowadziłam perfidny plan w życie.
Najpierw wytłumaczyłam kim jest Mikołaj,a potem zastosowałam szantaż: "A Mikołaj wszystko widzi i zapisuje... Prezenty dostają tylko grzeczne dzieci, które ładnie zasypiają..." itd.
Ni rozemocjonowana wizją prezentów i Mikołaja dała się przekonać i w końcu zasnęła.
Czuję smak porażki - nie udało mi się normalnie wynegocjować poprawnego zachowania. Zastosowałam perfidny dorosły szantaż emocjonalny. Nie czuję się z tym fajnie.
Co nie znaczy, że nie czułam wreszcie ulgi, kiedy styrana wojowaniem padłam na kanapę po uśpieniu dziecięcia...
Ilu z nas stosuje takie przekupstwa i przekręty by sobie ułatwić życie?
I co po świętach, kiedy Mikołaj już sobie poszedł i brakuje straszaka :P

mysle ze duza czesc z nas tak robi ;)
OdpowiedzUsuńU mnie na przyklad juz od samego rana jedna z corek mowi: "gwiazdor patrzy na dzieci, trzeba byc grzecznym, prezenty przyniesie!".
Jak czytam o zachowaniach Ni, to jakbym czytala o swoich dzieciach... Ciezko to troche, bo wszystko mam razy trzy, no i jedno podglada zachowania od drugiego... Ale tez jak jednemu tlumacze, to sluchaja tez inne ;)
I gdy czasem mowie do Mikolaja "co trzeba powiedziec mamusi jak byles niegrzeczny?" Na to Olga z drugiego kata pokoju: "PRZEPRASZAM mowi sie, Mikolaju!" hihi ;)
Myślę, ze nie sposób uniknąć takich metod i wyrzutów sumienia, bo w końcu jesteśmy tylko ludźmi, zapracowanymi zmęczonymi ludźmi. Mój Piotrek lubi gdy siedzę przy nim dopóki nie zaśnie. Do tego stopnia to lubi, że przy tacie zasypia od razu, a kiedy dyżur mam ja to to trwa i trwa, bo Młody co chwile podnosi głowę by mi coś powiedzieć. To jest słodkie, naprawdę, ale kiedy jestem sama w domu i wiem, że mam jeszcze zlecenie do skończenia i wiem, że nie mogę się położyć bo zasnę i obudzę się rano to wymiękam. Zdarza się, że mówię mu "jeśli nie będziesz spał to wyjdę z pokoju" i wychodzę, on zaczyna płakać, wracam i wtedy Piotrek faktycznie kładzie się i zasypia, ale mi smutno i mam kaca moralnego.
OdpowiedzUsuńEch, jakżeż życiowy ten tekst, bo kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień. Nie ma idealnych rodziców, a wyrzuty sumienia... niestety lub stety z czasem i na nie można się uodpornić. W takich kwestiach wychowawczych polecam zakamarkowego Alberta Albertsona - jego tata jest dla mnie guru! Czasem się zastanawiam, czy te książki zostały napisane bardziej dla dzieci, czy też bardziej dla dorosłych :)
OdpowiedzUsuńWczoraj Mikołaj już nie działał na nią:)Chyba wyczuwa ściemę:)
OdpowiedzUsuńNo to mnie taki komentarz się nasunął:
OdpowiedzUsuńSwojego dziecka jeszcze nie mam, ciągle siedzi mi w brzuchu. Wychowywałam jednak niedawno dziewczynkę, od jej pół roku do dwóch lat. Najprawdopodobniej przez to, że nie moje to dziecko było, udało mi się zachować idealne proporcje pomiędzy miłością a dystansem. Też nie krzyczałam, nie biłam, nie szarpałam. Z racji moich przekonań pedagogicznych, życiowych i religijnych, nigdy również nie używałam jakiegokolwiek szantażu. Czasami było ciężko, czasami musiałam wyjść z pomieszczenia, w którym była podopieczna, wziąć kilka głębszych oddechów i wrócić z uśmiechem lub spokojną stanowczością. Mała ma skończone dwa i pół roku, od dawna już jest pod całodobową opieką swojej własnej mamusi:) Ale z radością i dumą stwierdzam, że metody wcześniej zastosowane skutkują i nawet procentują. Dziewczynka wyprzedza swoich rówieśników w rozumowaniu, słownictwie i chęci poznawania świata. Tłumaczenie ma tylko pozytywne strony, chociaż na efekt trzeba poczekać.