Nadszedł czas świąteczny, jak zwykle okupiony dla wielu jeszcze kobiet znojem kuchennych przygotowań, potem spływającym przy sprzątaniu i siniakami nabytymi w kolejkach.
(Na szczęście mnie to nie dotyczy, ponieważ poczyniłam kilka kulinarnych wykonów tydzień temu, drobne prezenciki dla Pana męża i Dziecięcia zakupiłam online oszczędzając sobie całego tego zgiełku, a pan mąż chętnie uczestniczy we wszystkich przygotowaniach.)
Książka, po jaką sięgnęłam, idealnie wpisuje się w świąteczną tematykę, choć akcja toczy się w zupełnie przeciwnej porze roku...
Mowa tym razem o "Jak mama została Indianką" Ulfa Starka i Matti Leppa, kolejnej bardzo dobrej wielowarstwowej pozycji formalnie przeznaczonej dla dzieci, a realnie będącej idealną lekturą dla rodziców oraz materiałem do dyskusji i przemyśleń - jak i inne pozycje tego autora.
Książka pozornie traktuje o chłopcu spędzającym prawdopodobnie wakacje z rodziną w nadmorskiej okolicy. Chłopcu, któremu się nudzi postanawia tę nudę zwalczyć bawiąc się w Indianina. Wpada zresztą na ten pomysł zbywany przez znużonych i nieciekawych, zajętych prozaicznymi czynnościami dorosłych, w tym swoją mamę ( na marginesie - ciekawy w książce jest wątek odległości dorosłych od świata dziecka - w momencie znudzenia chłopca zarzucają mu stygmatyzująco brak wyobraźni, podczas gdy on potrafi się pięknie bawić sam i przeistoczyć w Indianina).
I wtedy zaczyna się druga warstwa książki, mówiąca o matce chłopca i kobiecym wyzwoleniu. A także trzecia warstwa, mówiąca o ich relacji i pogłębianiu więzi.
Prześlizgując się przez dom chłopiec natrafia bowiem na zrezygnowaną mamę smażącą w kuchni kotlety która określa siebie słowami: "Ja jestem Wielką Smutną Spalenizną. Ja być wakacyjny niewolnik białych twarzy". Która to po deklaracji syna: "W takim razie uwolnię cię" decyduje się porzucić to beznadziejnie nudne zajęcie i udać się z chłopcem na indiańską wyprawę.
Mama przechodzi rytuał przejścia - przygważdża kotleta do drzwi, przywdziewa indiańskie barwy, rozpuszcza włosy - porzuca swoją skostniałą skorupę i formę. Zrzuca gombrowiczowską gębę matki, kucharki, pani domu i wraca na chwilę do siebie samej, jaką była kiedyś. Pływa, łowi ryby, bawi się, oddycha pełną piersią. A syn jest zachwycony przemianą - widzi ją taką pierwszy raz. Wracają do domu wieczorem, wypoczęci i szczęśliwi, budząc zachwyt i zmieszanie dziadka i ojca.
W końcowych scenach mama mówi do syna "Dziękuję, że uratowałeś mi życie". To zdanie, jak i widok mamy skaczącej w kremowym staniku i majtkach do wody dobitnie pokazuje znaczenie moment kobiecego buntu i wyzwolenia. Który ma znaczenie, choćby miał trwać tylko chwilę.
Nie mamy wątpliwości, że matka wróci do smażenia kotletów. Ale ten jeden dzień mógł otworzyć klapki w głowie nie tylko jej...
Książkę polecam wszystkim zmęczonym mamom.
I wszystkim dzieciom, dziadkom, partnerom, którzy je kochają ale czasem nie rozumieją ich zmęczenia i znużenia.
Zwłaszcza w okresie świątecznych przygotowań....
Moja ocena: 10 na 10
P.S Chyba nawet piersi mamy przeżywają wyzwolenie ze stanika, bo zwisają jej do prawie kolan ... To mi się zdecydowanie mniej podoba:)
P.S 2 A to mem z sieci z cytatem z ikony feminizmu Betty Friedan, na jaki się dziś natknęłam na Fejsie...

ciekwa pozycja :-) myslisz, że jest juz dlaninki. Czy jeszcze jest do tej ksiązki za mała?chyba tak dla 5 latków, co nie?
OdpowiedzUsuńzoa81
Ninka jest z pewnością za mała dla zrozumienia sensu książki, na razie oglądamy obrazki i rozmawiamy w prosty sposób o wspólnym spędzaniu czasu.:)
OdpowiedzUsuńPozycja zapamiętana! Dzięki za ciekawą recenzję :)
OdpowiedzUsuńNurt ksiazek dla dzieci na temat problemow doroslych jest dla mnie zupelnie niezrozumialy, jakos niebezpiecznie odchodzimy od swiata magii i krasnoludkow, w strone terapeutyzujacych opowiastek dla rodzicow. Podobnie niesympatyczny tata w "jak tata pokazal mi wszechswiat", mama przechodzaca zalamanie nerwowe w smoczej czapce, wujkowie-geje Zlatanki itd. Nie kupuje.
OdpowiedzUsuńNie każda ksiażka i tematyka jest odpowiednia dla wszystkich, ja jednak cenię książki, ktre nie uciekają od współczesnych problemów. Dlatego, że dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje, albo próbują rozumieć. Ich świat to nie tylko krasnoludki, ale i cięższego kalibru tematy. W moim domu jest miejsce i na krasnoludki i na powazniejsze dyskusje i trudniejsze książki. Choć faktycznie, mogę się zgodzić, że być może wiele z tych książek powstaje z myślą o dorosłych, o kidultach. Ale moim zdaniem to mistrzostwo - połącztć fabułę dla dzieci i ideologię dla rodzica.
OdpowiedzUsuńDzieci rozumieją bardzo wiele, czy jednak musimy za pomocą książek utwierdzać je w przekonaniu, że to są ich problemy, że powinny być czynnymi uczestnikami dorosłego życia? Tego typu literatura odpowiada na potrzeby rodziców, którzy albo nie umieją trudnych spraw opowiedzieć indywidualnie, swoimi słowami, albo oczekują właśnie udziału dziecka w sprawach, które do dziecięcego świata przynależeć nie powinny. Obserwuję taki trend, na fali może rodzicielstwa bliskości, że tak chcemy być razem, że nie widać granic tego bycia razem, dzieci uczestniczą w życiu dorosłych, są rady - chyba na poważnie - by z dzieckiem oglądać porno, zeby to kontrolować i oswajać. A co do książek - sa książki z narodzinami młodszego rodzeństwa, czekam na książkę o tym, że rodzeństwa nie ma, bo nasionka taty nie pływają tak jak powinny. Czekam na książkę o utracie pracy, o depresji, o osobowości dwubiegunowej u babci. To są rzeczy, które dziecka dotykają, ono je widzi, samo je jakoś rozumie, są mu jakoś tłumaczone. Potrzeba jeszcze książek, które odzierają z dzieciństwa? Czy naprawdę odrywanie mamy od kotletów i troska o jej stan psychiczny to zadanie tego chłopca? Moim zdaniem nie, chłopiec powinien się bawić, a mamę z kuchni wyciągać ten smutny tata. Mnie ta książka mnie smuci, może dlatego, że znam dzieci obciążane podobnymi zadaniami i żadna książka mnie nie przekona, że to fajne i dobre. Żyjemy w takich czasach, że dzieciństwa i jego niewinności i beztroski trzeba bronić jak twierdzy.
OdpowiedzUsuńTo bardzo ważny głos w dyskusji i dziękuję za niego!
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o książkę o depresji to już jest... "Włosy Mamy". Jest też książka niewydana u nas - "Sinna Mann" - wściekły człowiek - przerażająca i z pewnością bardzo dyskusyjna. Szczegóły tutaj http://czytanki-przytulanki.blogspot.com/2012/08/gro-dahlesvein-nyhus-sinna-mann-wscieky.html.
"Włosy mamy" przeczytałam - i nie pokażę ich długo Nince, podobnie jak Grzecznej (zrecenzowałam dość negatywnie na blogu). Czytałam także "tata pokazał mi wszechświat" i zgodzę się, że to ponownie książka z przesłaniem dla dorosłych, a ojciec jest faktycznie odstręczający.
Zastanawiam się, czy to właśnie nie są skandynawskie metody wychowywania dorosłych? W sumie wiele z tych książek czytam sama sobie.
Aczkolwiek zastanawiam się, czy takie książki nie są czasem lepsze od mroku Grimm i Andersena, ucinanych pięt w Kopciuszku, krwawiących stóp w Żelaznych trzewikach...
Dla mnie innym nurtem do zastanowienia się książki o bardzo abstrakcyjnej grafice, bardzo nowoczesne w formie, niedosłowne, przypominające dzieła sztuki. Te także nie przemawiają do mnie.
Ja wierzę, że między książką o depresji a baśniami Grimm w oryginalnym wydaniu jest ogromny wachlarz możliwości, sama się na takich książkach wychowałam, zresztą pisałaś niedawno o wielu tytułach, które i ja pamiętam. Część się zestarzała pewnie niestety (apoteoza wsi, dydatktyzm "Bułeczki"), ale większość zachwyci jeszcze wiele pokoleń. A "Opowieści Narni" choćby to w warstwie bardzo głębokiej ucieczka przed koszmarem II wojny światowej, myślę, że dobrze, że dla dziecka jest to warstwa właściwie nieodgadniona, że "Kubuś Puchatek" nie odzwierciedla napięć między ojcem a małym Christopherem, które w prawdziwym życiu istniały, że żadna postać w "Muminkach" nie istnieje w oderwaniu, jako symbol seksualnej swobody (orientacja seksualna Tove Jansson). Wydaje mi się, że od literatury terapeutycznej wrócimy znów do eskapizmu ;P byle nie w koszmarną nowoczesną kreskę, abstrakcyjne ilustracje i książki dla dzieci na temat dzieł nowoczesnego designu (też nie kupuję niestety, ale innych powodów). No i staram się kupować zabawki dziecku, nie sobie :)nie realizować na polu ubierania 2,5latki swoich własnych pasji modowych :)i uważać za wychowawczą porażkę jej miłości do hello kitty i kucykow pony :) niby odrębne sprawy, a tak bliskie
OdpowiedzUsuńJasne, masz rację, poruszasz ważny temat równowagi i niezaspakajania ambicji i potrzeb kosztem dziecka. Mogę się z Tobą zgodzić i zastanowić, czy popularność literatury skandynawskiej właśnie nie wynika z tego, ze są to książki dla dorosłych pod płaszczem książek dla dzieci? Tak jak wspomniałam - nastała era kidultów szukających przyjemności i dziecięcych radości, pewnie sama się do nich zaliczam w pewnym stopniu. Być może takie książki pozwalają spełnić poczucie obowiązku i własną potrzebę? Nie wiem. Wiem, że bardzo lubię zakamarkowe historie a moja córka zapałała miłością do niektórych z nich. A mnie napawa niesamowita radość, gdy siada z mądrą książką na kolanach z płonącymi policzkami. Ciekawy jest jednak wątek także kupowania zabawek czy ubrań dziecku nie sobie - podsunęłaś mi temat na posta:)
OdpowiedzUsuńWiesz, ja też bardzo lubię wiele z tych książek, taka na przyklad Nusia - moja 2,5 latka kocha "Nusie i wilki" i "Nusia sie chowa", ale juz np bracia łosie są dziwni, dziwne jest przesłanie, dla mnie jakieś takie dwuznaczne. Dużo jest książek, które dla mnie nie są szokiem estetycznym, a dziecku się podobają. A co do mody, coż... bardzo podobają mi się delikatne tutu, buciki z zary, opaski z tiulowymi ozdobami... ale wiem, ze tutu nie pożyłoby dwóch spacerów, buty nie są wygodne, a opaskę zedrze z głowy... Podziwiałam teraz na jednym z blogow z moda dziecieca dziewczynki na snieznym spacerze w emu, uroczych plaszczykach i szaliczkach, w mitenkach... u nas mus to dobry kombinezen, nieprzemakalne rekawice, jak to jest? Myślę, ze to fajny temat na post, ja chetnie przeczytam :)
OdpowiedzUsuńCo do ubranek - moja Ninka z tego powodu nie nosi spódniczek, spineczki zdziera z głowy, opaska 5 sekund by nie posiedziała na głowie:) Kombinezon, ciepła kurtka, nieprzemakalne buty to podstawa. Aczkolwiek również mi podoba się styl o jakim piszesz:) Może jak będzie starsza, sama się zdecyduje;)
OdpowiedzUsuń